piątek, 24 sierpnia 2012

Narodziny złego

Kolejny wielki powrót tego roku - Marilyn Manson. W maju ukazała się ósma studyjna płyta jego zespołu. Ósma nie licząc płyty z coverami. Zespół powstał w 1989 roku, początkowo dzięki inicjatywie Red Hot Chilli Peppers i właśnie w stronę tego zespołu jest zwrócony debiut Mansona. Debiut niczego dobrego nie przyniósł. Dopiero płyta z coverami, a z niej Sweet Dreams zespołu Eurythmics przyniosło Mansonowi wielką sławę. Później była trylogia, trzy najlepsze jego płyty. W 2003 wyszła moja pierwsza którą słuchałem i najulubieńsza The Golden Age of Grotesque. Potem już nie było tak kolorowo, sukces umiarkowany, a i pomysłu jakby brakło.

Najnowsze dzieło nie przynosi niczego nowego, Born Villain jest po prostu kolejnym albumem. W tym samym stylu, mroczne rockowe granie, w okolicy industrialu, gotyku i alternatywnego rocka. Manson dobrze się wpisuje w nu-metal, o dziwo.

Nowa płyta to kolejny zbiór dobrych numerów, lecz wciąż czegoś brakuje, niby to samo, a jednak nie. Do formy znanej z lat 90. jest wciąż daleko i może to tylko moje wrażenie, ale czuję jakby już brakowało mu pomysłów, że wszystko co mógł pokazać to już to zrobił.

Teksty ociekające seksem i przemocą, okraszone odpowiednimi brutalnymi teledyskami. Kiedyś to szokowało, obecnie w czasach pił powoli przestaje. Kiedyś Manson uchodził za wykonawcę skandalicznego, i obecnie tych skandali też już brakuje. Facet robi wciąż to samo, do wiernych fanów to na pewno dociera. Ja nie jestem wiernym fanem. Owszem lubię jego granie, ale nic poza tym.

Jak dla mnie jest to kolejna płyta do słuchania. Jest dużo lepiej niż było na tych dwóch poprzednich, lecz to wciąż nie to powrót do wielkiej formy. Sama płyta wydaje się być bardzo równa i prezentuje równy poziom utworów. Może następnym razem będzie coś lepszego, albo coś innego?!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz