Dynie powróciły po latach z kolejną płytą. Z oryginalnego składu pozostał jedynie Billy Corgan, reszta zespołu gdzieś zniknęła po drodze. To właśnie Billy jest odpowiedzialny za stworzenie tego materiału. The Smashing Pumpkins powstało w 1988 roku, w Seattle. Właśnie przez ten fakt są często zaliczani do nurtu grunge - kolebki gatunku.
Moim zdaniem zespół raczej nie gra gruge, gra swoja specyficzną odmianę alternatywnego rocka. Specyficzną, lekko depresyjną, trzymającą klimat i oczywiście pewien poziom. Jest ta muzyka lekko przesiąknięta nutą gotyku, jest w tym jakaś głębia i nostalgia.
Swoją pierwszą płytę wydali w 1991, która raczej nie podbiła list przebojów. Następna dwa lata później była Siamese Dream, z przebojem Today. Trzecia płyta moim zdaniem przynosi największe przeboje - mój ulubiony Bullet with the Butterfly Wings, 1979, Tonight, Tonight. Następnie wyszła Adore, a potem jeszcze w 2000 dwupłytówka. Tutaj kariera jakby się skończyła, dopiero w 2007 roku powrócili ze świeżym materiałem - Zeitgeist. W 2012 wydają Oceanię.
Najnowsza płyta nie przynosi rozczarowania ani wstydu zespołowi. Jest to zbiór bardzo dobrych utworów, bardzo dobrych, choć największa uwagę przykuwają te pierwsze, do piątego numeru.Są bardzo dobre, lecz na tej płycie nie ma przebojów. Album nie wchodzi od razu, wymaga trochę czasu i kilku przesłuchań więcej. Dynie powróciły w dobry stylu, choć to już nie jest ten sam zespół co dwadzieścia lat temu.
Kolejny wielki powrót tego roku - Marilyn Manson. W maju ukazała się ósma studyjna płyta jego zespołu. Ósma nie licząc płyty z coverami. Zespół powstał w 1989 roku, początkowo dzięki inicjatywie Red Hot Chilli Peppers i właśnie w stronę tego zespołu jest zwrócony debiut Mansona. Debiut niczego dobrego nie przyniósł. Dopiero płyta z coverami, a z niej Sweet Dreams zespołu Eurythmics przyniosło Mansonowi wielką sławę. Później była trylogia, trzy najlepsze jego płyty. W 2003 wyszła moja pierwsza którą słuchałem i najulubieńsza The Golden Age of Grotesque. Potem już nie było tak kolorowo, sukces umiarkowany, a i pomysłu jakby brakło.
Najnowsze dzieło nie przynosi niczego nowego, Born Villain jest po prostu kolejnym albumem. W tym samym stylu, mroczne rockowe granie, w okolicy industrialu, gotyku i alternatywnego rocka. Manson dobrze się wpisuje w nu-metal, o dziwo.
Nowa płyta to kolejny zbiór dobrych numerów, lecz wciąż czegoś brakuje, niby to samo, a jednak nie. Do formy znanej z lat 90. jest wciąż daleko i może to tylko moje wrażenie, ale czuję jakby już brakowało mu pomysłów, że wszystko co mógł pokazać to już to zrobił.
Teksty ociekające seksem i przemocą, okraszone odpowiednimi brutalnymi teledyskami. Kiedyś to szokowało, obecnie w czasach pił powoli przestaje. Kiedyś Manson uchodził za wykonawcę skandalicznego, i obecnie tych skandali też już brakuje. Facet robi wciąż to samo, do wiernych fanów to na pewno dociera. Ja nie jestem wiernym fanem. Owszem lubię jego granie, ale nic poza tym.
Jak dla mnie jest to kolejna płyta do słuchania. Jest dużo lepiej niż było na tych dwóch poprzednich, lecz to wciąż nie to powrót do wielkiej formy. Sama płyta wydaje się być bardzo równa i prezentuje równy poziom utworów. Może następnym razem będzie coś lepszego, albo coś innego?!
Linkin Park powrócił w tym roku z nowym albumem. Kapela, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Została założona w 1996 roku, swój debiutancki album wydali dopiero pięć lat później. Hybrid Theory pokrył się diamantem w Stanach. Następnie była Meteora z 2003 roku, która muzycznie była kontynuacją debiutu. Zmiany zaszły w 2007 wraz z nastaniem Minutes to Midnight, których epoka trwa do teraz, w 2010 A Thousand Suns i obecne dzieło.
Linkini doskonale trafili w swój czas i w swoje miejsce. Dokładnie w szczyt popularności gatunku nazwanego nu-metalem, łącząc ciężkie metalowe brzmienie z hip-hopem, a wszystko to wpisane w popowe schemty, okraszone intymnymi emocjonalnymi tekstami. Takie właśnie było Hybrid Theory, dokładnie trafiło w czas i przede wszystkim w gusta, głównie odbiorców Limp Bizkit i KoRn.
LP jednak zmieniło swój styl, w 2007 roku. Minuty do północy jeszcze były trochę w tamtym stylu, ale zwiastowały nowe. Odeszli od mocnego grania, od emocjonalnego grania, przeszli na stronę elektroniki. Okładki straciły barwy. Takie jest nowe ich wydawnictwo. Pod względem produkcyjnym jest jak zawsze - wyśmienicie. LP nie potrafi wydać niczego słabego. Jedynie to, że to jak grali kiedyś bardziej do mnie docierało, wydawało mi się bardziej szczere. Teraz mam wrażenie, jakby oni isę gdzieś zgubili po drodze i sami szukają siebie, swojej drogi.
Najciekawsze na płycie pozostają pierwsze numery singlowy Burn it Down oraz Lost in the Echo, a także bardziej rockowy In my Remains. Nie wiem, reszta utworów jakoś mi się zlewa w jedno, owszem są dobre, ale nie ma wybitnych tak jak było kiedyś. Przyzwyczaili mnie nie tylko do wysokiej jakości produkcji, ale i artyzmu. Niestety też ponarzekam na to, że kiedyś rzeczywiście był ten nu-metal, a obecnie zostaje alternatywny rock, coś między U2, a Muse, czy Coldplay. Jak się domyślam to linkini aspirują, żeby się znaleźć miedzy tymi wielkimi. Choć zawsze byli określani jako muzyka dla nastolatów. KoRn czy Deftones doskonale się czują gdy na koncertach średnia wieku drastycznie spada poniżej 20.
Podsumowując, płyta dobra do posłuchania, genialna produkcja, ale wciąż brakuje mi tego czegoś. Przyznam jedynie, że ten album podoba mi się dużo bardziej niż tysiące słońc, które chyba jako ich pierwsza płyta - miała słabe momenty.
Wróciła mi ochota na coś polskiego tym razem. Moonlight - szczeciński zespół grający ogólnie rzecz biorąc rock. Zaczynali od gotyckiego metalu, który łagodniał, przechodził w bardziej delikatniejsze brzmienie, by złagodzić się zupełnie i dojść do trip-hopu. Oczywiście mrocznego trip-hopu.
W mojej głowie zagościła ostatnio czwarta płyta zespołu. Nie wiem czy najulubieńsza, ale chyba nie, najlepszą jest pierwsza Kalpa Taru. Czwarta nosi tytuł Floe. Płyta ukazała się w 2000 roku, w barwach Metal Mindu, jak zresztą wszystkie inne dzieła Moonlight.
Jak pisałem Moonlight początkowo grał gotycki metal, później od tego odchodził i właśnie początki tego były na poprzedniej Inermis, tutaj jest tylko kontynuacja. Oczywiście wciąż jest to grupa rockowa, ale grają delikatniej. Maja Konarska wciąż potrafi się wydrzeć, ale też potrafi zaśpiewać bardziej onirycznie. Zresztą jej wokal ma bardzo duże spektrum co bardzo ładnie pokazuje na tej płycie.
Album zaczyna się od Tabu - mocne uderzenie na początek. Potem Lekarstwo na sen i trójka, najbardziej rozpoznawalny utwór grupy List z raju. Pieśń miłosna, w której podmiot zwraca się do przyjaciela, że raju nie ma już. Jeden z najpiękniejszych utworów. Potem dosyć perwersyjny tekst do Tańca ze śmiercią, tekst stworzony jakby był erotykiem Już mnie nie całuj i już mnie nie dotykaj (...) jutro mnie znowu weźmiesz jak chcesz - inwokacja do pani śmierć. Następnie wolniejsze fragmenty Meren Re (Akt ostatni) oraz Meren Re (Dobranoc). Tego pierwszego jakoś nie lubię, natomiast drugi jest moją ulubioną balladą. Siódemka nie posiada tytułu, jest to wokalna wariacja Majki. Obsesja typowy utwór Moonlight. Shadizar mimo, że ballada, to jednak Majka się w nim bardzo mocno wydziera. Przedostatni Kiedy myśli mi oddasz doskonale kontrastuje z poprzednim ostrzejszym utworem. Na koniec rockowy wykop - Kochanka, po której następuje cisza i jeszcze pod sam koniec płyty słychać akustyczne Nic w życiu nie zdarza się przypadkiem.
Sam siebie nabrałem tą płytą. Słuchałem jej dosyć intensywnie wczoraj i dziś, ale utwór, który za mną chodził i który mi się śnił po nocy nosi tytuł Flos i wcale nie znajduje się na płycie Floe, tylko na Inermis. Ale i tak się ciesze, że powróciłem do Moonlighta, gdyż jak ich ostatnio słuchałem to mnie nudził. Potrzebowałem chwilę odpoczynku.
Chciałbym, żeby ten zespół powrócił, chociaż na jedną trasę koncertową. Ale niestety, jak to Majka podkreślała w każdym wywiadzie formuła Moonlight już się dawno wyczerpała. Szkoda, moim zdaniem to najważniejsza polska gotycka kapela. Dużo bardziej wolę ich niż Closterkeller, czy Artrosis, w sumie byli pierwsi.
A co do samej płyty, nie jestem w stanie się zdecydować, która jest moją ulubioną, a która nie. Kalpa Taru, była pierwsza i znam ją na pamięć. Meren Re jest jakby jej rozwinięciem. Inermis brzmi dojrzalej, a potem jeszcze Floe, gdzie powoli uchodzą od gotyckiego metalu. Yaishi i Candra wydaje się w ich dyskografii najspokojniejsze, mimo, że są na nich również mocne fragmenty, to chyba te dwie lubię najmniej. Potem Audio 136 diametralna zmiana stylu, ale są wycieczki w stronę nawet nu-metalu. Downwords wydaje mi się najbardziej spójną i nudną płytą, nie wiem, nie lubię jej, męczy mnie, ale mimo to potrafię jej słuchać. Integrated in the System of Guilt ostatnia płyta, ciężka i mroczna, ciężka bardziej klimatem niż dźwiękami, bo dźwiękami jest to mroczny trip hop, gdzieś w stronę Massive Attack. Po drodze gdzieś jeszcze była reedycja dema nazwana po prostu Moonlight, która mimo wszystko też jest dobrym albumem.
Epica powraca ze swoim piątym dzieckiem Requiem for the Indifferent. Zespół powstał w 2002 roku. Wyrodził się od nieistniejące go już After Forever. AF zdobywało popularność wspierając na trasach takie tuzy holenderskiego grania jak The Gathering i Within Temptation - wszystkie te kapele kręcą się wokół jednego gatunku. Od After Forever odszedł gitarzysta, stworzył nową jakoś stawiając za mikrofonem Simone Simons. Pani jest obdarzona mezosopranem, który się pięknie komponuje z metalowym brzmieniem. A do tego uznawana jest za jedną z najpiękniejszych wokalistek, rudowłosa piękność.
Zespół zadebiutował w 2003 roku The Phantom Agony z którego pochodzą dwa najbardziej rozpoznawalne utwory zespołu Cry for the Moon oraz łzawe Feint. Przez ten drugi kawałek miałem awersję do tego zespołu. W 2005 roku wydali Consign the Oblivion ich druga najlepsza płyta. Potem były dwa The Divine Conspiracy w 2007 i Design Your Universe w 2009, które tylko potwierdzały wielkość zespołu. W 2009 wydali takze The Classical Conspiracy , którą się strasznie zachwycałem.
Zespół gra symfoniczny metal, wyciągnięty z gotyckiego metalu. Jak wiadomo najpierw był Therion i The Gathering w latach 90. Potem się narodziło Within Temptation i Nightwish. Ci drudzy połączyli power metal z kobiecym operowym wokalem. W Epice jest mniej więcej to samo, może jedynie jest mniej tego power, a więcej gothic. Najlepiej powiedzieć, że jest to symfoniczny metal, to najlepiej oddaje muzykę zespołu. Jednak nie są pionierami, wcześniej było After Rorever i gdyby nie różne głosy pań Floor i Simone, można by bardzo łatwo obie kapele pomylić.
O nowej płycie będzie bardzo mało, gdyż Epica ma już swoją wyrobioną pozycję, wyrobiony styl i zaczyna wydawać płyty tak jak Iron Maiden, na każdej bardzo podobne dźwięki. Od trzech płyt nic się nie zmieniło, nie wiem czy to zarzut, czy nie. Wciąż jest to wysoka produkcja, patetyczna muzyka, z epickimi dźwiękami, chwytliwe melodie, zahaczające o power metal. Doskonała perkusja, mnóstwo chórów i klawiszy, duża dawka lirycznego wokalu, jednym słowem wszystko. Jednak po przesłuchaniu kilkukrotnym nic w głowie nie zostaje, mimo, że jest mnóstwo melodii. Mimo, że nie lubię Feint to jestem je w stanie zanucić, podobnie z przedostatniej płyty - umiem zanucić Never Enough, które mi weszło do głowy. Z najnowszej płyty jeszcze nic mnie nie złapało i w sumie na jakiś czas zapomniałem o Epice. Ta okładka jakoś średnio mi się podoba.
W marcu tego roku w kinach miała miejsce premiera filmu Avengers. Produkcja marvelowska. Jak zawsze przy takich filmach towarzyszy mu ścieżka dźwiękowa. Mówię na takie filmy, że zawsze mają genialną ścieżkę dźwiękową, a sam produkt jest slaby, głupi, wyssany z palca. Tak było ze Spidermanem, Matrixem i kilkudziesięcioma innymi, gdzie soundtracki były świetne, dobór rockowych wykonawców, zazwyczaj moje ulubione kapele. Przykład Daredevil - Evanescence - Bring me to Life i My Immortal. Filmy natomiast do tych ścieżek dźwiękowych były słabymi produkcjami, albo raczej produkcja była wyśmienita, natomiast fabuła kulała, nudna, przewidywalna itd.
Tym razem jest niby podobnie. Grupa superbohaterów z różnych bajek ratuje świat - i cóż, uratuje go, to jest oczywiste. Fabuła jest przewidywalna do bólu, ale nie ma nudy. Superprodukcja, masa efektów specjalnych, po prostu film się nie może znudzić, jest czystą rozrywką, niesie dużo pozytywnych emocji - walka ze złem. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja to kupuję. Obraz nie jest wybitny, realizacja jest wybitna.
Ale ja tu nie o filmie, bo niektórzy go jeszcze nie widzieli, ja o muzyce. Tym razem soundtrackiem jestem lekko zawiedziony. Całość nazywa się Avengers Assemble, Music from and Inspired by the Motion Picture. Całość promuje nowy utwór Soundgarden, panowie zeszli się po latach i to ich pierwszy owoc, pierwsze dziecko - Live to Rise
Jako drugi na płycie znajduje się Shinedown. Utwór I'm Alive znajduje się tylko na tej płycie, nie jest to ani singiel, ani kawałek z płyty. - podobnie było z Alicja w krainie czarów. Podobnie z trzecim kawałkiem, należącym do Rise Against Dirt and Roses. Wspomnę, że Rise Against byli w tym roku w Polsce na koncercie z cyklu Rock in Summer, [to co KoRn]. Z czwórką podobna sprawa, należy do Papa Roach kawałek - Even if I could. Następne trzy są mi w ogóle nieznane, może poza wokalistą Stone Temple Pilots. Ósemka to Bush, który również wraca po latach. Dziewiątka Evanescence, remiks kawałka New way to Bleed z ich ostatniej płyty. Dwunasty jest Five Finger Death Punch kapela grająca metalcore, grają cover Faith No More From out of Nowhere. Jako bonus załapali się Kasabian.
Co łączy te wszystkie utwory? Nic. Poza jednym. Ich twórcy wydali ostatnio płytę. Pełnometrażowy album, albo zamierzają to zrobić jak Papa Roach czy Soundgarden. Ale cóż często tak jest z takimi soundtrackami. Brakuje w zestawie AC/DC Shoot to Thrill , który został użyty w filmie. Był za to na ścieżce z Iron man 2, jako greatest hits of AC/DC. Podsumowując - ta płyta to ciekawostka, fani wyżej wymienionych zespołów mogą sobie kupić, dla tych kilku rarów, czy odrzutów z sesji, a na poważnie nie warto brać pod uwagę tej płyty.
tak bardzo nie mam nikogo przed chwilą mocny i dumny teraz stoję wypompowany i zatroskany z sercem przybitym pinezką do ściany tylko chłonę metaliczny nektar aort i żył
kudłate pajęczyny zwisają i kręcą się wraz z podmuchem wspomnień Zdarzyło się Wreszcie Spróbowałem Obecnie bez celu Bo i po co Spełnione marzenia Pora odchodzić Ani jednego słowa więcej
Był wczoraj na koncercie KoRn'a i zrealizował jedno ze swoich największych marzeń. Nie obyłoby się to bez Utraconego Czarodzieja, z którego to inicjatywy tam się znaleźliśmy. Ja tylko powiedziałem, ze chciałbym, a on zrealizował. Dziękuję.
Przybyliśmy lekko spóźnieni. Już w autobusie poznaliśmy dwie KoRn-fanki, młode nastolaty. Stanęliśmy w kolejce do wejścia, oczywiście do tej co szło dłużej. Gdy pierwszy zespół zaczął grać, jeszcze byliśmy poza. Do amfiteatru weszliśmy na już którąś piosenkę. Dźwięk potężny i miażdżące gitary na wstępie. Trochę mnie to wywróciło z rytmu. Zespół Chassis zagrał myślę, że dobrze, śpiewali tylko po angielsku, dobrze rozgrzali publikę. Ja znając ich płytę rozpoznałem tylko ostatni kawałek.
Potem przerwa na piwko i Hunter. Chyba nie jestem w stanie zbyt dobrze oddać setlisty. Z pierwszej płyty nie było nic. Z drugiej - również - nad czym ubolewam. Z trzeciej na pewno był utwór tytułowy T.E.L.I..., królowała natomiast ostatnia. Na pewno na bis był $mierci$miech, wcześniej Armia Boga, TshaZshyC. Hunter zapowiedział nową płytę, i zagrał premierowy kawałek Dwie siekiery ogólnie w ich stylu, ciekawy utwór. Kolejny dobry koncertowy rozgrzewacz przed gwiazdą wieczoru, drugi raz przed KoRn'em.
Następnie wizyta w toalecie, prawie bym się spóźnił. Wiem, że w przerwie puszczali Flyleaf I'm so sick, Alice in Chains Check my Brain. Po tym zaczął się KoRn, najpierw intro, którego nie wiedziałem, ale zdążyłem zobaczyć jak zespół wychodzi na scenę. Zaczęło się bosko - od Divine. Przewidując od razu przeszli do Predictable. Następnie nie ukryło się No place to Hide. Potem półtora minuty podchodów - porno podchodów - Porno Creep, utwór instrumentalny, i wreszcie dobry bóg - Good God.
Nastąpiła chwila przerwy, czas na set z najnowszej płyty. Zaczęło sie od Narcistic Cannibal, później przeszło w Kill Mercy Within. Kolejne najnowszy singiel Chaos Lives in Everything. Potem My Wall i wreszcie najważniejszy utwór w tym secie przebojowy Get up! Cała publika śpiewała Shut the Fuck up, Get up! Ostatnia balladka Way too Far.
Czas na trzeci set z największymi przebojami, zaczęło się od nietykalnego Here to Stay i podobnie jak w teledysku Jonathana śpiewał to pochylony mocno do przodu. Następnie psychol na smyczy Freak on a Leash, które przeszło w Falling Away From Me. Na koniec cover Pink Floydów Another Brick in the Wall zakończone dosyć ciężką dwuminutową solówką Munky'a, znęcał się nad tą gitarą, potwornie, pod koniec jeszcze Jon wyśpiewał Goodbye Cruel World, zaskakując i wykrzykując ostatnie Goodbye.
Potem znów przerwa. Na scenę wchodzi Jon z dudami Shoots and Ladders, ostatni wers growlem, gładko przeszli w Metallicowy One. Przedostatni Got the Life z rozbudowaną solówka perkusyjną, uwielbiam perkusję, temu to chyba najciekawszy fragment koncertu. Na końcu był ślepiec Blind.
Podsumowując koncert świetny, rewelacyjnie się bawiłem, nie będąc pod sama scenę, gdzie było bezustanne pogo, publika skakała przez cały czas. Zdarłem gardło wykrzykując wszystkie teksty, ale w koncertu wyszedłem otępiały i szczęśliwy. Warte każdej złotówki. Można by narzekać, że o trzech płytach zapomnieli w setliscie, ale co tam, gdyby one były, to by musieli co innego wywalić. Ważne, że były utwory z sześciu najważniejszych płyt. Choć ucieszyłbym się gdyby zabrzmiało jeszcze Did my Time - może następnym razem.
Na koniec z ciekawostek, podczas jednego numeru, nie pamiętam którego fan wdarł się na scenę, jak to pięknie wyglądało, jak rzucił się jeden ochroniarz i drugi na niego i go zdjęli ze sceny, piękne to było. Jon miał fantastyczny kontakt z publiką, która żywo reagowała na jego zachowanie. KoRn to wspaniałe zwierze sceniczne, może nie powali tekstem jak Anja, ale za to wydusi całą pozytywną energię, tym sobie zaskarbili serca fanów, a ci szaleli. Pięknie było. Teraz oglądam na yte fragmenty. Porobiłem zdjęcia, ale niestety jakość jest opłakana, nic nie widać, wiec nawet się nie będę chwalił.
Po wydaniu TALITM ruszyli w trasę, drugi raz zawitali do Polski, tym razem w 2005 na Metal Hammer Festival. Pod koniec roku, w grudniu, wydali swoja siódmą płytę. Na której diametralnie zmienili swoje granie. Muzyka się stała bardziej industrialna, to wciąż KoRn, lecz już bez hip-hopu, bez ognia i emocji, jakie były wcześniej, bez wrzasku, bez hałasu, bez tego wszystkiego co wyróżniało ten zespół. Gdzieś w przeszłości oceniałem tą płytę i konkluzja jaka z tego wynikła to taka, że jako KoRn płyta jest słaba, ale jako płyta zupełnie innego zespołu jest bardzo dobra. Zapomniałem o tytule - See You on the Other Side. KoRn tym albumem zmienił wytwórnię, opuścił Immortal/Epic/Sony, a SYOTS nagrał dla Virgin.
Sony wciąż posiadając prawa do starych utworów, wypuściła na rynek Greatest Hits vol. 1 oraz Live & Rare. Spośród rarów pojawił się tam utwór Proud, One cover Metallicy, siedem utworów z koncertu i kilka innych, nic nowego w każdym razie. W grudniu 2006 zespół nagrał akustyczną płytę dla mtv z serii Unplugged. Jako ciekawostki we Freak on a Leash pojawiłą się wokalistka Evanescence Amy Lynn Lee, później to zaowocowało wspólną trasą. Utwór Creep z repertuaru Radiohead, oraz gościnny udział Roberta Smitha i zmiksowanie KoRn'owego Make me Bed i curowego In between days. Płyta została wydana w marcu 2007.
Również w 2007 roku, pod koniec lipca światło dzienne ujrzał kolejny studyjny album, nie doczekał się on tytułu. Różnie nazywany przez fanów, jako dwójka, albo bez nazwy, albo siódemka. Płyta w sumie nie przyniosła niczego ciekawego, kolejny zbiór utworów zespołu, które były raczej przeciętne, kilka łatwo wpadało w ucho reszta była ciężka. Chyba na tym albumie pojawił się najcięższy w karierze utwór Killing. Przynajmniej na mnie robi spore wrażenie.
Po tej płycie znów zmienili wytwórnię. Tym razem wziął pod skrzydła stary dobry pędziwiatr. A co do Sony, to co chwilę wypuszczają na rynek jakiś the best of zespołu. Współpraca z Pędziwiatrem przysporzyła w 2010 nową płytę. Triumfalny powrót do korzeni. Płyta nazwana KoRn III: Remember Who You Are. Rzeczywiscie, ciężarem i melodyką płyta jest kontynuacja brzmień z pierwszych dwóch płyt, lecz trochę podkręcona. Jest tu zdecydowanie więcej hałasu, dźwięki są ostrzejsze i cięższe. Mniej w tym elektroniki, która była na niezatytułowanej a dużo więcej szczerego grania na żywych instrumentach, tak jak to było na początku. Również warstwa tekstowa nawiązuje do tamtych czasów.
Najnowsze - dziesiąte dzieło pochodzi z ubiegłego roku. Moim zdaniem jest to najlepsza płyta tamtego roku. KoRn znowu diametralnie zmienił styl, jednocześnie wciąż pozostając wiernym swojemu sposobowi grania. Zmiksowali swoje granie z dubstepem, efekt jest powalający. Jak na ironie te dwa różne światy doskonale ze sobą współgrają, żeby nie powiedzieć, że dubstep jest stworzony dla KoRn'a. Płyta wielkim zaskoczeniem się okazała, lecz furory w sprzedaży nie zrobiła, ale przykuła uwagę ludzi. To właśnie od nich zaczął się wielki szał na dubstep i Skrillexa, to oni są za to wszystko odpowiedzialni. i ja to kupuję!
Kilka słów o gwieździe środowego wieczoru. Podzielę to na dwa posty, co by za dużo czytania nie było. KoRn został założony w 1993 roku, rozkręcający się zespół L.A.P.D. potrzebował wokalisty, właśnie wtedy w jednym z klubów Head i Fieldy usłyszeli głos Jona, który idealnie pasował do tego co grali. Zaczęli wspólne próby i koncerty i tak się zaczęło, później znalazł ich łowca talentów i trafili do wytwórni Epic/Immortal. Z pierwszego kasetowego dema Niedersmeyer's Mind, rozwinęli swoje pomysły pod okiem Rossa Robinsona i stworzyli pierwszą płytę. Były to same świeże pomysły, pomieszali metal, hardcore, rap i to co zostało z grunge i stworzyli nowy styl.
Zespół szybko zdobywał popularność, lecz nie w mediach, mtv brzydziło się taka muzyką, mimo to z pierwszej płyty pochodzą aż cztery klipy. Zespół dużo koncertował. Dwa lata od wydania debiutu wydali drugi album Life is Peachy, równie mroczny i ciężki. Dopiero tutaj pojawił się pierwszy w pełni profesjonalny teledysk - A.D.I.D.A.S. Jest to pewnego rodzaju hołd dla marki odzieżowej, która wówczas lubili, później podpisali kontrakt z Pumą. Sam tytuł utworu to skrót od All Day I Dream About Sex.
Po wydaniu drugiej płyty zespół pojawił się również na scenach Europy. Z początku 1998 zarejestrowali trzeci album, brzmienie zdecydowanie uległo zmianie, stało się bardziej przystępne, nie tracąc mocy i ciężaru. Płyta zadebiutowała na pierwszym miejscu Billboardu. Zespół powołał do życia swoją własną trasę koncertową Family Values Tour, na której występowali między innymi u boku Rammstein, Ice Cube, Staind.
Półtora roku później ukazuje się moim zdaniem najdoskonalsza ich płyta Issues. Zespół przeżywa problemy, jest bliski upadku, ale koncertuje dalej. Alkohol, narkotyki, rock and rollowe życie powoli niszczą zespół. Zespół staje się ikoną nowego gatunku nazwanego przez media nu-metalem, do jednego worka zostają wrzucone wszystkie kapele rockowe grające w tamtym czasie. W 2000 roku u boku P.O.D. po raz pierwszy pojawiają się w Polsce. Zakładają swoją własną wytwórnie płytową, czym przyczyniają się do sukcesu Limp Bizkit.
Zespół bierze sobie trochę przerwy, za ten czas Jon zajmuje się ścieżka dźwiękową do filmu Queen of the Damned, w którym załapuje się na epizod. W 2002 ukazuje się druga ich największa płyta Untouchables, niestety zyski z tej płyty są już mniejsze, sukcesu komercyjnego Issues KoRn już nie powtórzy. Zasługa należy się wszechobecnemu internetowi, tuz przed premierą cała płyta ląduje w sieci i mimo iż dźwięki są idealne, pisany na metaamfetaminowym kopie, sukces jest znacznie mniejszy. Pozostaje tylko koncertować.
Jesienią 2003 na światło dzienne wychodzi szósty album Take a Look in the Mirror. Plotka głosi, że są to odrzuty z poprzedniej sesji nagraniowej i niestety jest to prawda, sprzedaż jest jeszcze gorsza. Na płycie znajduje się kawałek do Tomb Ridera Did my Time, nigdy nie wydany kawałek z dema Alive, cover Metallicy One. Rzeczywiście, dziewięć utworów pochodzi z poprzedniej sesji, dwa zostały napisane specjalnie na tą płytę. Jest to jak do tej pory najcięższe i najbardziej metalowe dzieło w dorobku grupy, brzmienie z piątego albumu plus powrót do korzeni.
Hunter - Łowca - zespół powstał w 1985 roku, aż 10 lat musieli panowie czekać na wydanie pierwszej płyty, Znalazło się na niej 15 utworów, w większości w języku angielskim, płyta nosi tytuł Requiem. Potem nastąpiła przerwa, aż siedem kazali czekać na płytę numer dwa - Medeis, tytuł pisany greką. Czytany od tyłu - siedem, czyli tyle ile na niego fani musieli czekać. Właśnie wówczas, niedaleko po premierze, ta płyta wpadła w moje ręce. Była to jedna z pierwszych metalowych płyt w jaką się zasłuchiwałem. Tym razem po angielsku były tylko dwa numery. Do płyty nakręcono dwa teledyski.
W 2005 roku nagrywają trzecią płytę T.E.L.I..., tekstowo obejmuje tematy związane z religia, pieniędzmi, wyzyskiem jednego człowieka przez drugiego i nienawiścią wobec Boga, czy ogólnie religii. Album doczekał się wersji angielskiej, jak i promocji w postaci teledysków. Również cała ta płyta jest przeze mnie znana w całości. Najnowsze dzieło pochodzi z 2009 roku HellWood, są to utwory inspirowane filmami, zespół stworzył coś w rodzaju soundtracka do znanych filmów, oczywiście mrocznego i demonicznego.
Hunter gra polski heavy metal, tak klasycznie, raczej bez żadnych zboczeń, może poza jednym korzystają ze skrzypiec elektronicznych, które dodają utworom nieco smaczku jak i przestrzeni. Skrzypkiem jest Jelonek, znany również ze swoich dwóch płyt solowych. Jak sami mówią inspirują się takimi gwiazdami jak Iron Maiden, Slayer czy Metallica. Trochę mnie zastanawia, że nie zasiadają w polskim panteonie obok Kata, Acid Drinkers i TSA, ale chyba są za młodzi.
Zespół głównie koncertuje, kiedyś organizowali swój własny festiwal w Szczytnie - HunterFest, gdzie pośród zaproszonych gwiazd był Moonspell i Katatonia, ale formułą się skończyła w 2009 roku. A przypominam kapelę, gdyż już w środę zagrają przed KoRn'em. Grali już przed nimi, na Metal Hammer Festival 2005. Mam nadzieję, na bogatą setlistę zwłaszcza w utwory z drugiej i trzeciej płyty, moje ulubione. Jeśli chodzi o ostatni album, już to kiedyś pisałem, nie przypadł mi do gustu ze względu na teksty.
Skoro zacząłem to już dokończę, dyskografie uzupełniają: koncertówka z 2001, DVD z 2004, XXV na dwudziestopięciolecie zespołu - koncertowe DVD. Oraz HolyWood - dwa koncerty z Przystanku Woodstock plus 7 niepublikowanych do tej pory utworów.
W najbliższą środę odbędzie się koncert w Warszawie w ramach festiwalu "Rock in Summer". Myślę, że można trochę przybliżyć sylwetki zespołów tam grających. Gwiazdą wieczoru będzie amerykańska grupa KoRn, odpowiedzialna za stworzenie gatunku nu-metal, choć jak sami przyznają, ten gatunek nigdy nie istniał. Tuż przed nimi zagra polski Hunter, legenda polskiego heavy metalu. Najwcześniej na scenie pojawi się Chassis, młody polski zespół porządnie łojący ze sceny.
Parę słów o Chassis. Zespół powstał w Gdańsku w 1999 roku, czyli mają aż trzynaście lat. Ja słyszę o nich po raz pierwszy. Jak do tej pory wydali jedną pełną płytę Whyweroll, oraz epkę. Pojawili się w kilku rozgłośniach radiowych, programach telewizyjnych. Przede wszystkim jest to zespół koncertowy, lista tras jest dosyć spora, w 2011 wystąpili na Sonicsphere.
Chassis grają coś pomiędzy rockiem a metalem. Dla mnie ich brzmienie jest na tyle brudne, że doskonale pasuje do KoRn'a, słychać u nich inspiracje, te ściany gitar, ten hałas, jak na pierwszych płytach KoRn'a. Dodają do tego ekspresyjny wokal, trochę growlu, trochę delikatnego śpiewu, a czasem i rapu. Moim zdaniem doskonale wpisują się w konwencje nu-metalu. Czyżby pierwszy polski nu-metal?! Eh, przydałoby się. Jak dla mnie bardzo pozytywne i fajne granie, zapowiada się dobry koncert.
Kolejna składanka z największymi przebojami, tym razem od panów ze Slipknot. Zespół powstał w 1995 roku, od tamtej pory wydali cztery pełne albumy, z czego debiut był najgłośniejszy. Kunszt debiutu nie został pokonany do tej pory, przynajmniej takie jest moje zdanie. Ich najlepsza, najmocniejsza, najostrzejsza płyta to ta pierwsza.
Ponad rok po debiucie wydali drugi album, który oczywiście trzyma wysoki poziom, ale to już nie to. W 2004 roku powstało trzecie dzieło, na którym trochę zmienił się klimat, Slipknot jakby trochę złagodniał, już nie są tak bezkompromisowi, nagrali ballady, na swój sposób rzecz jasna. Potem była przerwa i w 2008 roku powrócili z mocnym uderzeniem, takie zebranie dźwięków ze wszystkich poprzednich płyt, to co najlepsze.
W 2010 roku tragicznie zmarł basista - Paul Gray i myślę, że ten zbiór przebojów to właśnie ukłon w jego stronę. Pewien etap Slipknota został zamknięty, a teraz pewnie podążą nową drogą z nowym członkiem zespołu. Ten The best of wydaje Roadrunner, także myślę, że to raczej bardzo oficjalne dzieło, w przeszłości już się zdarzały składanki tego zespołu, ale to były raczej bootlegi. Oprócz płytki z utworami, jest też druga płyta z koncertem z Download Festival, oraz trzecia ze wszystkimi teledyskami. Wspaniały prezent dla fana, żeby posiadać taki ładny zbiorek.
Na płycie jest 19 utworów, z debiutu wybrano pięć - (sic), Eyeless, Wait and Bleed, Spit it Out, Surfacing. Wait and Bleed to pierwszy kawałek Slipknot jaki poznałem, jeszcze w 2003 roku, dopiero potem był cały debiut, wciąż gdzieś mam tą płytę. Z Iowa wybrali People-Shit, Disasterpiece, Left Behind. Do tej pory trzymam naszywkę Slipknota z tekstem PEOPLE=SHIT! My Plague - utwór ze ścieżki do Resident Evil, potem dwa koncertowe The Heretic Anthem i Purity. Cztery kawałki z Vol. 3 są to The pulse of Maggots, Duality, Before I Forget, Vermillion. Oraz z ostatniej All Hope is Gone - Sulfur, Psychossocial, Dead Memories, Snuff.
Jak pisałem wspaniała gratka dla fanów dla mnie już nie bardzo, aż takim fanem nie jestem, poza tym mam te wszystkie utwory na płytach, acz kolekcja zacna. Czekam na nową płytę.
"Pieprzyć to wszystko! Pieprzyć świat! Pieprzyć wszystko co popierasz! Nie należeć! Nie istnieć Nie pierdolić bzdur! Nie oceniać!"
Dead Can Dance - obecnie ikona specyficznego rodzaju grania. Wczoraj polecała ich w swojej audycji Anja, także pomyślałem, że dobrze byłoby o nich wspomnieć, zwłaszcza, że mamy nowy album na rynku.
DCD pochodzi z Australii, lecz szybko się przenieśli do Londynu do legendarnej wytwórni 4AD. Zespół powstał w 1981 roku, z różnymi perturbacjami przetrwał do czasów obecnych, dwa razy zawieszając działalność. Raz wrócili żeby zagrać kilka koncertów, a obecnie nagrali płytę.
Określenie tego co grają nie jest łatwe. Pochłonęła ich scena goth, głównie za delikatne i mroczne dźwięki, za niezależność i niekonwencjonalne granie. Otóż zespół gra coś co można nazwać muzyką etniczną czy też muzyką dawną. Szeroko pojęty ambient. Korzystają z instrumentów, z których się już nie korzysta, które zostały zapomniane. Jedna płyta została poświęcona wpływom arabskim, inna afrykańskim, a jeszcze inna w całości jest wzięta ze Średniowiecza. Nawet jeden z utworów pochodzi z tamtej epoki, przerobili go na swoją wersję. Gatunkowo jest to ambient, muzyka niezależna, czy też dark independent.
Mają na swoim koncie siedem albumów studyjnych.i nieskończoną ilość różnych innych wydań, koncertówek, epek, bootlegów. Często są zapraszani do tworzenia muzyki filmowej - chyba najgłośniejszy z nich to Gladiator, w którym Lisa Gerrard śpiewa, a muzykę tworzy Hans Zimmer. Znani są również z dużej liczby projektów pobocznych, lecz te projekty specjalnie nie odbiegają klimatem od DCD, wciąż jest to delikatna i atmosferyczna muzyka.
Na koniec można wspomnieć, że są coverowani przez różne tuzy światowej muzyki, jak The Gathering, Paradise Lost, Bauhaus. Silent Stream of Godless Elegy. Powstały nawet trzy albumy typu tribute to.
Nowa płyta moim zdaniem nie zaskakuje, jest to dobry i porządny materiał. Wciąż to samo granie, nic się nie zmieniło, może jedynie to, że bardziej się w nią wsłuchałem i bardziej ta płyta do mnie dotarła. Wczoraj o tym pisałem, to trochę nie moja bajka, mimo, że klimaty są bajeczne.
15 października zagrają w Warszawie, bilety rozeszły się w dwie godziny, a kosztowały 130zł, ale cóż, sam bym się przeszedł na tą legendę i dał się zaczarować tym pięknym dźwiękom.
Znów z czyjegoś polecenia sięgnąłem po płytę. Padło na The 3rd and the Mortal. - Memoirs. Zespołu nie znam w ogóle, ale prawie w ogóle, wcześniej zapoznałem się z płytą In This Room. Na tym się kończy ta znajomość. Moich dwóch znajomych jest oczarowanych i zafascynowanych tą muzyką, także wisiało nade mną to, iż musi mi się spodobać.
Nie spodobało się. Ale od początku. Zespół ma na koncie tylko cztery płyty, ja znam dwie ostatnie. Pochodzą z Norwegii, powstali na początku lat 90. tworząc siermiężny doom metal, później podobnie jak inne ciężko grające kapele złagodzili swoje brzmienie. Jako pierwsi postawili wokalistkę za mikrofonem, w tym wyprzedzili The Gathering. Brzmienie łagodniało w stronę alternatywnego rocka, eksperymentów, ambientu, a nawet trip-hopu.
Porównanie do wspomnianego The Gathering jest jak najbardziej trafne. Gdyż muzyka się bardzo nie różni, również jest to specyficzne atmosferyczne granie, jedynie bez tego specyficznego onirycznego wokalu. In This Room najbardziej przypomina TG, z czasów Souvenirs, delikatny atmosferyczny rock.
Płyta, której ostatnio słuchałem, jest ostatnią w dyskografii już z inną wokalistką, została wydana w 2002 roku. Niestety nie podeszła, jest to coś w rodzaju ambientu, trip-hopu, mocno eksperymentalne. Jak dla mnie ciężkie w odbiorze i chyba zbyt ciężkie. Jak to kiedyś pisałem jestem zbyt mainstremowy na niektóre dźwięki. Ale jeśli ktoś lubi symfonie smutku to polecam.
Powrócili po latach. W nowych barwach kolejnej wytwórni. P.O.D. - zapłata śmierci - payable of death. O dziwo to już ósma płyta w ich dorobku, nawet się człowiek nie spodziewał, że oni już tak długo istnieją. O pierwszych dwóch płytach nigdy niczego nie wiedziałem i specjalnie nie mam ochoty się w to zagłębiać. Trzecia nagrana dla Atlantic ponoć była tą traktowaną jako debiut. Największy sukces jednak odnieśli czwórką - Satellite, to z niej pochodzą ich największe przeboje Alive, Youth of the Nation. Potem była bardzo słaba self-titled, i szóstka - Testify, która przyniosła umiarkowany sukces.
W 2006 roku rozstali się z wytwórnią Atlantic, wydając The Best of. Na którym pojawił się kawałek z Matrixa - Sleeping Awake - mój ulubiony. W 2008 wrócili z When Angels and SerpentsDance, album został praktycznie niezauważony, promocja żadna.
Podobnie jest z najnowszym dziełem - Murdered Love. Oprócz zagorzałych fanów, chyba nikt nie bierze już ich na serio. Mimo, że wciąż graja to samo, to jednak nie zdobywa to zbyt dużo odbiorców. Nowa płyta pod tym względem nie zaskakuje i nie powala ,ale też trzyma pewien poziom. Wciąż jest to nu-metal, rapcore. Rapowane teksty do gitarowej muzyki, pojawia się trochę ekspresji wokalnej krzyku, dużo emocji. I chyba coś co wciąż odstrasza ludzi - zadeklarowani chrześcijanie, gdzie ich teksty są przesiąknięte optymizmem i dobrą nowiną. W świecie, gdzie panuje powszechny ateizm i wszelacy bogowie są wypierani taka muzyka jest passe. Smutne.
Jeśli o mnie chodzi, to muzyka jest do posłuchania, może nie na zawsze, nie na dłużej, ale gdzieś tam w tle może się tłuc. Podobnie jak i poprzednia płyta, moim zdaniem bardzo dobra. Jednak to z Satellite mam najwięcej wspomnień, najwięcej za nią szaleję i za kilkoma innymi utworami. Dla mnie to zespół jeden z wielu, i ikona nu-metalu [obok KoRn, Deftones, Linkin Park, Papa Roach, Crazy Town].
"I hej,
Ja wiem, jak to jest, gdy nie możesz znaleźć sobie miejsca,