czwartek, 9 sierpnia 2012

Pomiędzy dwoma

Dead Can Dance - obecnie ikona specyficznego rodzaju grania. Wczoraj polecała ich w swojej audycji Anja, także pomyślałem, że dobrze byłoby o nich wspomnieć, zwłaszcza, że mamy nowy album na rynku.

DCD pochodzi z Australii, lecz szybko się przenieśli do Londynu do legendarnej wytwórni 4AD. Zespół powstał w 1981 roku, z różnymi perturbacjami przetrwał do czasów obecnych, dwa razy zawieszając działalność. Raz wrócili żeby zagrać kilka koncertów, a obecnie nagrali płytę.

Określenie tego co grają nie jest łatwe. Pochłonęła ich scena goth, głównie za delikatne i mroczne dźwięki, za niezależność i niekonwencjonalne granie. Otóż zespół gra coś co można nazwać muzyką etniczną czy też muzyką dawną. Szeroko pojęty ambient. Korzystają z instrumentów, z których się już nie korzysta, które zostały zapomniane. Jedna płyta została poświęcona wpływom arabskim, inna afrykańskim, a jeszcze inna w całości jest wzięta ze Średniowiecza. Nawet jeden z utworów pochodzi z tamtej epoki, przerobili go na swoją wersję. Gatunkowo jest to ambient, muzyka niezależna, czy też dark independent.

Mają na swoim koncie siedem albumów studyjnych.i nieskończoną ilość różnych innych wydań, koncertówek, epek, bootlegów. Często są zapraszani do tworzenia muzyki filmowej - chyba najgłośniejszy z nich to Gladiator, w którym Lisa Gerrard śpiewa, a muzykę tworzy Hans Zimmer. Znani są również z dużej liczby projektów pobocznych, lecz te projekty specjalnie nie odbiegają klimatem od DCD, wciąż jest to delikatna i atmosferyczna muzyka.

Na koniec można wspomnieć, że są coverowani przez różne tuzy światowej muzyki, jak The Gathering, Paradise Lost, Bauhaus. Silent Stream of Godless Elegy. Powstały nawet trzy albumy typu tribute to.

Nowa płyta moim zdaniem nie zaskakuje, jest to dobry i porządny materiał. Wciąż to samo granie, nic się nie zmieniło, może jedynie to, że bardziej się w nią wsłuchałem i bardziej ta płyta do mnie dotarła. Wczoraj o tym pisałem, to trochę nie moja bajka, mimo, że klimaty są bajeczne.

15 października zagrają w Warszawie, bilety rozeszły się w dwie godziny, a kosztowały 130zł, ale cóż, sam bym się przeszedł na tą legendę i dał się zaczarować tym pięknym dźwiękom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz