środa, 31 października 2012

Jeśli mógłbym latać

Jedno z moich ulubionych świąt. Święto Zmarłych. Jedyne święto na którym spotkania w gronie rodzinnym odbywają wyłącznie z tymi martwymi członkami familii. Jakoś ostatnio podoba mi się takie podejście do sprawy. Ale nie o tym chciałem. Dziś jest wigilia święta Wszystkich Świętych - All Hallows Eve - jak to głosi tytuł utworu Type O Negative, a także ukochane święto amerykańskie - Halloween.

Idei tego święta chyba nie trzeba przytaczać. Jako, że społeczeństwo europejskie podlega procesowi amerykanizacji, to nasiąkamy od nich wszystkim co mają. A to co nam prezentują jest niekoniecznie pierwszej świeżości. Halloween to zabawa w przebieranki, zabawa z duchami. Swoją drogą bardzo klimatyczne i [sic!] gotyckie święto. Pewnie przez wielu wyznawców Tarji czy Sharon będzie celebrowane. Ale, że Polska to Polska, zadeklarowanie chrześcijanie mają zamiar olać to święto. Ba, zadeklarowani ateiści mają zamiar olać to święto. Inne kulty mogę się domyślać, że także. Święto pogańskie, ale poganie pewnie także. Święto jest amerykańskie, i polskość ich chyba nigdy nie zaakceptuje, i to chyba główny powód.

Ja, nie odprawiam ani Dziadów, ani Halloween, mam swoją tradycję, która utarła się chyba jakoś 6 lat temu, może wcześniej, już nie pamiętam. W dzień kiedy tamci obchodzą Halloween, ja świętuję Helloween. Jako iż nie przepadam za heavy metalem, ani power metalem, ale jednak je czasem dopuszczam, to właśnie idealny moment. Cały jeden dzień w roku z klasyką gatunku, bez żadnych zboczeń w stronę popu, mroku, czy innych podgatunków. Czyste łojenie, czysty donośny wokal, patetyczne utwory, ku czci bohaterów, smoków, rycerzy i artefaktów.

W 2010 roku pojawiła się ich ostatnia płyta w Halloween, a tytuł jej - Siedmiu Grzeszników. O dziwo bardzo dobrze się przyjęła. Rok później był the best of, potem epka, a w tym roku kolejna epka, czy raczej singielek. Jak dla mnie klasycznie, to samo/ W przyszłym roku ma się pojawić nowy album. A ja słucham sobie obecnie pełnych albumów, staram się mieszać, nie chronologicznie.


sobota, 27 października 2012

Mapa wszystkich naszych porażek

Po trzech latach powróciła Moja Umierająca Panna Młoda z nowym materiałem - Mapa wszystkich naszych porażek. Jak sugeruje tytuł płyta jest smutna. Jak sugeruje nazwa zespołu - doom metal.

My Dying Bride powstało w Anglii w 1990 roku, początkowo wpisywali się w cały ówczesny nurt około black metalowy. Podobnie jak i inne kapele z tego okresu. Dopiero druga płyta złagodziła ich brzmienie. Do zwykłego black metalu dodali przede wszystkim klawisze i skrzypce i spowolnili brzmienie. Tak narodził się nowy gatunek, którego są ojcami. Obok Anathemy i Paradise Lost tworzą Trójce Smutasów z Wysp Brytyjskich. Są uznawani za prekursorów gatunku - doom metal. O ile dwie wcześniej wymienione zrobiły co innego. Paradise Lost gra dosyć podobnie, lecz gitary są jakby trochę bardziej thrashowe, stworzyli gatunek o nazwie gothic metal. A Anathema poszli w stronę atmosferycznego grania - męski odpowiednik The Gathering.

My Dying Bride stworzył swój własny gatunek i twardo się go trzyma. Czasem było lepiej, czasem było gorzej, bywały eksperymenty, moim zdaniem całkiem udane, lecz wszystko zawsze mieściło się w doomie. Pamiętam, że zachwycałem się poprzednią płytą, gdyż dźwiękowo była bardzo wypieszczona i dźwięki nie nudziły. W walcowatym brzmieniu to poważny zarzut. Dla kłamstw, które stwarzam okazało się dla mnie bardzo dobrą płytą. Chociaż, zawsze to będę powtarzał, ideałem dla mnie jest ta, którą pierwszą poznałem - Pieśni Mroku. Słowa Światła. Dobrze też sobie radziła Linia nieumarłych królów, ale i tak daleko jej było do Anioła i Czarnej Rzeki.

Nowa płyta przede wszystkim nie zaskakuje. MDB potwierdza, że jest dla doom metalu tym, czym Iron Maiden jest dla heavy metalu. Podają znów ten sam rodzaj smutku, tę samą rozpacz, podobne - nowe melodie, rozwalcowane na dziesięć minut. To jest, myślę, w nich najpiękniejsze. Potrafią zachwycać, znów, operują wokół jednego bardzo szerokiego pola. To czego mi brakuje na nowym dziele, to utworu, który by zwrócił na siebie swoją uwagę [aingla?] i może trochę zaskoczenia. Tak jak przy poprzedniej płycie, która zaskoczyła powrotem do korzeni, tutaj jest mniej skrzypiec, a to one dodają pewnego rodzaju klimatu. Ale mimo to album jest bardzo porządny.I klasyczny.


sobota, 13 października 2012

Wybierz w śmierci

Pod koniec października na półki sklepowe trafi kolejne wydawnictwo spod marki HIM. Jednak nie będzie to premierowy materiał. Coś w rodzaju The best of. Na krążku znajduje się jeden nowy utwór, taki spod znaku unreleased. Reszta to po prostu zbiór najważniejszych utworów rzucony w kolejności bardzo przypadkowej. Nie wiem kto okładał tą tracklistę, ale jest chaotyczna.

Zespołu HIM nie znam prawie w ogóle wcale. Wiem, że istnieje i wiem co grają, ale nigdy mnie to w żaden sposób nie pociągało. Dlatego ta płytka jest w sam raz dla mnie. Taki niby podsumowanie dwóch dekad. Jeśli chodzi o ich dyskografie to jest ona tak skomplikowana, że nie umiem się w tym połapać, najpierw płyta, potem jej reedycja, potem jakiś zbiór utworów, w końcu reedycja w innym kraju, potem znów jakiś the best, potem kompilacja, w końcu nowa płyta i tak w kółko. W przyszłym roku ma wyjść ósmy studyjny album. Kompilacja o której mówię to ósma ich składanka. Cztery epki, trzy koncertówki, prawie trzydzieści singli i na pewno kilka bootlegów i płyt z rarami.

Pojawia się teraz kilka utworów, które dobrze kojarzę. The Kiss of Dawn - nie wiem w zasadzie skąd ten utwór, ale znam go bardzo dobrze. Heartkiller - swojego czasu mocno promowany w esce rock i zapadł mi w pamięć, coś w okolicy, któryś świąt był puszczany. Wicked Game - szlagierowy cover. Poison Girl - to pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, podobnie Join me in Death, do tej pory nie wiem czym się ten kawałek różni od Join me. Wings of Butterfly - czasy licealne, teledysk był na niemieckiej vivie, z takim wieżowcem i oni grali na jego szczycie, fajna piosenka. Pretending, Gone with the Sin - znów dwa starocie, które o dziwo znam. Killing Loneliness - kolejny znajomy przebój. Tyle tego.

Za kapelą specjalnie nie przepadałem, graja jak dla mnie przeważnie pościelówy, takie niby dla bab, zwłaszcza z tym urodziwym wokalistą, który wcale mi się nie podoba. To mnie jakoś odpychało, niech se nastolaty za nim piszczą. Eh i dopiero teraz zacząłem ich słuchać, od tych kilku utworów. Jak dla mnie ciekawostka. Acz płytę polecam, dla takich jak ja, którzy nie znają Jego Piekielnej Wysokości....


niedziela, 7 października 2012

Cięcia na żywo

Był wczoraj koncert. Byłem na nim, z moją ulubienicą , której na następnym koncercie zabiorę telefon. O całej imprezie dowiedziałem się dwa tygodnie wcześniej - przez przypadek. Słuchałem zespołu, wszedłem na ich stronę i o - nowa płyta, potem o - trasa koncertowa. Dzień wcześniej zakupiliśmy bilety.

Na miejscu byliśmy pół godziny przed rozpoczęciem - o 19:30. Jedno piwo. Drugie piwo. Cały czas słychać jak DJ męczy konsoletę, logo zespołu kręci się na rzutniku, ale koncertu nie ma. Gdzieś koło 21:30 usłyszeliśmy z sali, że zapraszają na koncert. Zajęliśmy strategiczne miejsca. Ludzi było na tyle dużo, że usiedliśmy sobie wygodnie na podłodze pod ścianą. Wszedł pierwszy support. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na scenie pojawiło się dwóch panów. Jeden stanął za mikrofonem, a drugi za... laptopem. Cała muzyka szła z laptopa, a jeszcze ten wokal był przepuszczony przez ten automat, nie dało się ocenić czy wokalista rzeczywiście ma głos, czy nie. Wokal był aż tak zmieniony. Zespół się nazywał Black Tower. Co grali to już chyba nie trzeba mówić, elektronikę, darkwave. Nie jestem fanem takich rozwiązań, wolę, żywe instrumenty. Teksty, piosenek mimo, że ciężkie i smutne, wydały się dosyć proste, więcej nie napiszę. Ostatecznie mimo, że to tworzyło taką niezbyt zachęcającą aurę, to mnie się podobało. Na parkiecie bawiło się osiem osób - z czego dwie laski tańczyły, a reszta siedziała i słuchała. Skończyli grać jakoś koło 22. Potem pół godziny przerwy, również na podłodze.

Właściwa gwiazda wieczoru pojawiła się dopiero przed 23. Od razu mieli problemy techniczne, gitarzysta się nie słyszał i grał chyba na ślepo, albo z pamięci. Zaczęli utworami z nowej płyty. nie wiem ile ich było, ale prawie cała płyta. Dla mnie niestety nie znane.Na pewno był singlowy Pamiętam, potem był Stereo i zrobiony na karaoke Nie kocham cię już. Ze znanych mi utworów, dopiero gdzieś w połowie pojawiły się: Ty i ja, 36,6, Bukiet w kolorze krwi, moja ulubiona Anastazja, To nie ja, Tik tak, EL 44 V2, Za Zamkniętymi drzwiami, Telefon, Internetowy troll. Na pierwszy bis Pokój na jedną noc i Smutna dziewczyna a potem jeszcze Kochać Cię chcę. Cała zabawa się skończyła po północy. Koncert bardzo udany, było około 30 osób. Parę osób tańczyło, reszta słuchała.

Co do samej gwiazdy wieczoru, już to pisałem w poście sierpniowym. Wydali trzy płyty, teraz najnowszą. Graja alternatywnego rocka, coś w okolicy the Killers, Muse, Gitara, bas, klawisze. Perkusji nie ma, idzie z automatu, albo z laptopa. Fajny, młody, polski zespół. Chociaż może wokalista lekko zestresowany, nie jest takim zwierzem scenicznym, no i ten kontakt z publicznością, zagrali utwory kropka w kropkę jak na płytach, nic nie przedłużyli, żadnego śpiewania z publiką.A piosenki mają trzyminutowe, dwie zwrotki, dwa razy refren, jakaś solówka na gitarze i tyle. Ale hm, ogólnie jestem zadowolony.

piątek, 5 października 2012

Holy shit

Tym razem Polska. Polska wokalistka. Maria Peszek wydała swoją trzecia płytę. Maria gra w zasadzie pop, alternatywę, albo można to też nazwać poezją śpiewana, gdyż największy nacisk w jej twórczość jest zdecydowanie na teksty. Plus wokal, ekspresja wokalna, bo w sumie pani jest aktorką, a także córka słynnego aktora.

Jak tak przyglądałem się jej dyskografii, to pierwsza płyta wydaje się taka nieśmiała, delikatna, bardziej tekstowa. Mniej melodii, mniej prowokacji, taki eksperyment, czy to się w zasadzie uda. Udało się. Choć oczywiście kontrowersje były - Pieprzę cię miasto i Nie mam czasu na seks. Obydwa single były wysoko na liście trójki.

Druga płyta zdecydowanie odważniejsza, również w znaczeniu tekstowym, atakująca moralność. Dużo w niej erotyzmu, czy może bardziej brutalnie seksu, z pewnością wiele osób uznało ja za obrazoburczą pornografię, bo taka w sumie jest. Prowokacyjna. Prowokuje seksem. Okazała się sukcesem.

Najnowsza płyta musiała być inna, i jest. Nowa płyta jest przede wszystkim smutna. Znów prowokuje, znów jest seks, znów są mocne dosadne teksty. Sam tytuł prowokuje Jezus Maria Peszek, są to też słowa utworu Nie ogarniam, który już mi zdążył wejść do głowy. Wyścigówka ma mocny punkowy refren, choć tekst zdecydowanie depresyjny. Utwór dedykowany tragicznie zmarłej Amy Winehouse, choć nie jest to oda pochwalna najsmutniejsza dziewczyna na świecie, za kreska, kreska. Żwir trochę śmierdzi Chylińską, ale również smutne - w smutek opakowana, leżę na dnie. Na wykopie punkowym jest Sorry Polsko, gdzie Maria mówi co na prawdę myśli o swoim kraju, że nie oddałaby Polsce ani jednej kropli krwi. Kolejny mój ulubiony, parafraza psalmu 23, który tłumaczył Kochanowski, czy Miłosz. Maria to parafrazuje na swój ateistyczny i przeczący sposób. Wychodzi z tego taki hymn antyreligijny, jeden z moich ulubionych utworów na tej płycie. Pibloktoq enigmatyczny tytuł, początek delikatny, rozwija się dopiero w połowie, tekst również smutny. Padam wreszcie coś w miarę optymistycznego, no i singiel. Nie wiem czy chcę kolejny anty-hymn, tym razem zaprzeczenie macierzyństwa, którego Maria się wypiera. Szara flaga - "męczy mnie Polska, wisi mi krzyż" - chyba komentarz nie jest potrzebny. A na koniec ballada, klawisze i głos.

Jak dla mnie bardzo dobry, porządny album, bardzo mi się spodobał i urzekł. Chyba najbardziej z całej dyskografii, aż chce i się powiedzieć że dojrzały. Chociaż bardziej pasuje powiedzieć, że to płyta kobiety, która przeszła depresje i jest wściekła i zmotywowana.


czwartek, 4 października 2012

Normalność nie jest normą

Przyjechałem dziś z Sophi wieczorem
Ona żyje w powietrzu w powietrzu, którym oddycham
Nie potrafię tego wyrzucić z moich myśli
Jak to zostałaś pozostawiona by się wykrwawić
Czy to przez to jak byłaś ubrana?
Czy może przez Twoje zachowanie?
Nie mogę uwierzyć
Jak można było postąpić tak okrutnie
Bez żalu
Dobrze, my nie zapomnimy!

My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Tak proste jak powietrze w płucach
Tak proste jak słowa na ustach
I nikt nie powinien ci tego zabierać
Teraz z podniesionym czołem
Zadbamy
Zaopiekujemy się
I nie pozwolimy im nas zgnębić
Albo odepchnąć
Gdyż jesteśmy inni
 
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Normalność nie jest normą
To tylko uniform
My jesteśmy inni
Zapomnij o normach
 Jesteśmy outsiderami
Zdejmij swój uniform
 My jesteśmy inni
My wszyscy jesteśmy piękni
My jesteśmy inni


 tytuł oryginału: We are the Others
tekst: Delain
album: We are the Others
tłumaczenie: Dying Angel

Jesteśmy inni

Trzeci album wydał holenderski Delain. Zespół powstał w 2002 roku z inicjatywy byłego klawiszowca Within Temptation. Od tamtej pory wydał demo i dwa pełne albumy. Jako wokalistka w 2005 pojawiła się czerwonowłosa Charlotte. Pierwszy album ukazał się w 2006 roku i nazywał się Luicidy. Drugi - April Rain ujrzał światło dzienne w 2009 roku. Na swoje płyty często zapraszają gości. Gościnnie pojawiła się Sharon den Adel, jak również Marco z Nightwish. Właśnie to był chyba napęd dla tego zespołu, Gdyby nie goscie to nikomu by się nie chciało sięgnąć po te płyty. A tak parę osób sięgło i poleciło znajomym, a dziś wspólnie tworzą nową markę. Gdyż markę zespół ma wyrobioną.

Delain gra, tak samo jak macierzysta kapela, symfoniczny metal, czy też gotycki metal. Nie ma tutaj przesadnych orkiestracji, ale jest operowy śpiew wokalistki, są klawisze, które nadają rozmachu. A cała reszta to dobry poczciwy rock, celowo nie nazywam tego metalem, gdyż zespół powoli odnajduje swoją drogę.

Na samym początku grali jak WT. Mocno, słodko, patetycznie, Coś pod The Silent Force. Później wydali swoją drugą płytę, która jednak nie przeskoczyła debiutu, stanęła gdzieś w jej cieniu. Najnowsze WT gdzieś się zagubiło po drodze serwując więcej elektroniki, więcej rocka, mniej mrocznego metalu, a przypomnę, że rozpoczynali grając doom metal. Delain poszedł tą samą drogą. Nowy album jest bardziej rockowy, jednocześnie lżejszy, ale przez to bardziej nowoczesny i przystępniejszy. Chyba się powstrzymam przed stwierdzeniem, że przebojowy, ale jednak coś w tym jest. Mnie urzekł. Nie powalił na kolana, ale jedynie urzekł. Płyta, jak jej poprzedniczki jest bardziej piosenkowa.

Należy wspomnieć o tekstach, które w tym przypadku skupiły wokół jednego tematu - równości. Całość jest dedykowana Sophie Lancaster, dziewczyna była w moim wieku, została zamordowana. Za co? Za to, że była sobą. Była gotką. Oprócz niej zginął również jej chłopak - pobity na śmierć. Całość tekstów jest niesamowicie pozytywna i dająca siłę, skupiająca się na tolerancji wobec obcych, innych. Taki jest również teledysk do We are the Others, w którym pokazani są obok siebie, gruby, wegetarianka, osoba nieśmiała, cierpiacy na zespół Aspergera, lesba, jąkała i parę innych. W teledysku jest również małżeństwo den Adel. Jak dla mnie klip roku, i piosenka.


środa, 3 października 2012

Jak i ty

Po czterech latach z nowym albumem powróciła pani P!nk. To już szósty w dorobku gwiazdy. Gwiazda to chyba najlepsze określenie osoby wokalistki. Chociaż mimo iż ma ona kilka utworów w światowym kanonie, mimo, że jest młoda, piękna i seksowna, to nie epatuje swoją osobą, tak jak to robią inne gwiazdy. A śpiewa muzykę typowo rozrywkową. To mi się w niej podoba. Nie prowokuje na siłę, nie robi skandali, nie jest o niej głośno. Natomiast jej utworu królują mimo to na listach przebojów.

Z tego co wyczytałem pochodzi z rozbitej rodziny, trafiła na ulicę i muzyka ja z tej ulicy wyciągła. Początkowo jej wizerunek był takiej młodej gniewnej, ale dużo mniej słodszy niż Avril Lavigne. Później stawała się coraz bardziej kobieca, ona jak i jej muzyka, jednak coś z tego buntu w niej zostało do dziś, choć już nie jest taka nastoletnia. Prywatnie żona perkusisty Sum 41, obecnie dzieciata.

Na nowej płycie nie ma rewolucji. Wciąż jest to bardzo piosenkowy pop z lekkim rockowym pazurem, i tak mniej więcej można określić jej styl. Gra pop, ale na rockowo, w okolicy wspomnianej Avril, czy Kelly Clarkson. Z The Truth about Love  zdążyła już wydać dwa single Blow me, oraz Try. Moją uwagę z całej tej płyty przykuł Slut like you, mocny rockowy kawałek z wykopem i tekstem, chociaż tekst jest moim zdaniem o niczym, ale czy to ważne. Ogólnie płyta mi się podoba, chociaż to nie są moje tereny muzyczne, ale czasem trzeba też czegoś lżejszego posłuchać. Taki lekki rock jest w sam raz.

poniedziałek, 1 października 2012

Czarny korek

Niedawno miała miejsce premiera najnowszej płyty zespołu Skunk Anansie". Jako szczęśliwy posiadacz tego albumu, chciałem opisać swoje wrażenia. Zespół powrócił równo po dwóch latach. Poprzedni Wonderlustre był pełen przebojów, utworów, które dosyć długo się mnie trzymały. Co do starszej dyskografii to nie jestem specjalnie w temacie. Zespół powstało jakoś w latach 90. i jest spuścizną całego ruchu grunge. Wydali wówczas trzy bardzo dobre albumy. Słuchałem ich, ale jakoś bez przekonania. Ze starszych dokonań znam tylko the best of, a z niego mój ulubiony jest Because of You.Dosc mocno lansowany w esce rock.

Skunk Anansie gra bardzo przystępne, a przy tym bardzo melodyjne utworu. To jest ich siłą napędową - melodie i łatwość wpadania w ucho. Przy tym trochę rocka, choć nie ma jakiegoś tam łojenia, jest porządne granie. Graja rock, alternatywny rock, pop-rock - różnie to można nazywać. Znakiem szczególnym jest emocjonalny wokal i specyficzna barwa pani Skin, która jak potrzeba potrafi się wydrzeć, a jak potrzeba śpiewa delikatnie. Zresztą któż nie zna tej łysiny - kolejny element rozpoznawczy, ostra laska na wokalu, która nie do końca wygląda jak laska.

Niedawno byli w Polsce, promowali swoją najnowszą płytę. Jak do tej przesłuchałem jej kilka razy. Jak na razie bardziej podoba mi się poprzedniczka, więcej melodii złapałem. Tutaj produkt jest niby taki sam, tylko ta piosenkowość wydaje mi się jakby trochę mniejsza i uboższa. Ale i tak jest to jedna z lepszych produkcji tego roku. Zachwytu nie ma, na kolanach nie klęczę, ale jest porządnie. Najciekawsze momenty - Sad, sad, sad, Spit You Out, I Belive in You - czyli single, chociaż jest to taka płyta, że wszystkie utwory mogą być singlami. Płyta ląduje klimatem nieopodal Garbage, którzy również zachwycą koncertem i również uraczyli świat swoim piątym albumem.