Zespołu HIM nie znam prawie w ogóle wcale. Wiem, że istnieje i wiem co grają, ale nigdy mnie to w żaden sposób nie pociągało. Dlatego ta płytka jest w sam raz dla mnie. Taki niby podsumowanie dwóch dekad. Jeśli chodzi o ich dyskografie to jest ona tak skomplikowana, że nie umiem się w tym połapać, najpierw płyta, potem jej reedycja, potem jakiś zbiór utworów, w końcu reedycja w innym kraju, potem znów jakiś the best, potem kompilacja, w końcu nowa płyta i tak w kółko. W przyszłym roku ma wyjść ósmy studyjny album. Kompilacja o której mówię to ósma ich składanka. Cztery epki, trzy koncertówki, prawie trzydzieści singli i na pewno kilka bootlegów i płyt z rarami.
Pojawia się teraz kilka utworów, które dobrze kojarzę. The Kiss of Dawn - nie wiem w zasadzie skąd ten utwór, ale znam go bardzo dobrze. Heartkiller - swojego czasu mocno promowany w esce rock i zapadł mi w pamięć, coś w okolicy, któryś świąt był puszczany. Wicked Game - szlagierowy cover. Poison Girl - to pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, podobnie Join me in Death, do tej pory nie wiem czym się ten kawałek różni od Join me. Wings of Butterfly - czasy licealne, teledysk był na niemieckiej vivie, z takim wieżowcem i oni grali na jego szczycie, fajna piosenka. Pretending, Gone with the Sin - znów dwa starocie, które o dziwo znam. Killing Loneliness - kolejny znajomy przebój. Tyle tego.
Za kapelą specjalnie nie przepadałem, graja jak dla mnie przeważnie pościelówy, takie niby dla bab, zwłaszcza z tym urodziwym wokalistą, który wcale mi się nie podoba. To mnie jakoś odpychało, niech se nastolaty za nim piszczą. Eh i dopiero teraz zacząłem ich słuchać, od tych kilku utworów. Jak dla mnie ciekawostka. Acz płytę polecam, dla takich jak ja, którzy nie znają Jego Piekielnej Wysokości....

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz