środa, 22 sierpnia 2012

Żyjace rzeczy

Linkin Park powrócił w tym roku z nowym albumem. Kapela, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Została założona w 1996 roku, swój debiutancki album wydali dopiero pięć lat później. Hybrid Theory pokrył się diamantem w Stanach. Następnie była Meteora z 2003 roku, która muzycznie była kontynuacją debiutu. Zmiany zaszły w 2007 wraz z nastaniem Minutes to Midnight, których epoka trwa do teraz, w 2010 A Thousand Suns  i obecne dzieło.

Linkini doskonale trafili w swój czas i w swoje miejsce. Dokładnie w szczyt popularności gatunku nazwanego nu-metalem, łącząc ciężkie metalowe brzmienie z hip-hopem, a wszystko to wpisane w popowe schemty, okraszone intymnymi emocjonalnymi tekstami. Takie właśnie było Hybrid Theory, dokładnie trafiło w czas i przede wszystkim w gusta, głównie odbiorców Limp Bizkit i KoRn.

LP jednak zmieniło swój styl, w 2007 roku. Minuty do północy jeszcze były trochę w tamtym stylu, ale zwiastowały nowe. Odeszli od mocnego grania, od emocjonalnego grania, przeszli na stronę elektroniki. Okładki straciły barwy. Takie jest nowe ich wydawnictwo. Pod względem produkcyjnym jest jak zawsze - wyśmienicie. LP nie potrafi wydać niczego słabego. Jedynie to, że to jak grali kiedyś bardziej do mnie docierało, wydawało mi się bardziej szczere. Teraz mam wrażenie, jakby oni isę gdzieś zgubili po drodze i sami szukają siebie, swojej drogi.

Najciekawsze na płycie pozostają pierwsze numery singlowy Burn it Down oraz Lost in the Echo, a także bardziej rockowy In my Remains. Nie wiem, reszta utworów jakoś mi się zlewa w jedno, owszem są dobre, ale nie ma wybitnych tak jak było kiedyś. Przyzwyczaili mnie nie tylko do wysokiej jakości produkcji, ale i artyzmu. Niestety też ponarzekam na to, że kiedyś rzeczywiście był ten nu-metal, a obecnie zostaje alternatywny rock, coś między U2, a Muse, czy Coldplay. Jak się domyślam to linkini aspirują, żeby się znaleźć miedzy tymi wielkimi. Choć zawsze byli określani jako muzyka dla nastolatów. KoRn czy Deftones doskonale się czują gdy na koncertach średnia wieku drastycznie spada poniżej 20.

Podsumowując, płyta dobra do posłuchania, genialna produkcja, ale wciąż brakuje mi tego czegoś. Przyznam jedynie, że ten album podoba mi się dużo bardziej niż tysiące słońc, które chyba jako ich pierwsza płyta - miała słabe momenty.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz