wtorek, 1 stycznia 2013

Nie mam marzeń

Pora na podsumowanie roku. Teraz to bardziej osobiste. Muzyczne będą w innych postach. Starałem się nie wywnętrzać w postach na blogu, ograniczę się do tego minimum.
Styczeń - Pierwszy i najbardziej zawirowany miesiąc ubiegłego roku. Wszedłem w ten rok będąc z kimś, lecz w pierwszych chwilach nowego roku wszystko się zawaliło. Sam chciałem odejść, albo zostałem odrzucony - obie wersje są prawidłowe. Ktoś znacznie wcześniejszy również dał o sobie znać, też namieszał. Pojawiła się trzecia osoba - w sumie pod koniec roku wcześniejszego, wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale pod koniec miesiąca wyszło szydło z worka.. Pamiętam również, że przez jakieś 3 tygodnie nie mogłem się zdecydować, zaaferowany dwoma osobami, czy w pewnym momencie nawet trzema. Można kochać dwie osoby jednocześnie? Można. W połowie stycznia poznałem jeszcze kogoś, ale nie brałem tego tak na prawdę serio. Dopiero jak dostałem trzeci raz po dupie, nie miałem już nic do stracenia. Dodam jeszcze, że pierwszy raz byłem na rockotece i widziałem jak cała sala metali tańczy do dubstepu.
Luty - Pierwszy wekend lutego. Wciąż miotany wewnętrznie między tym co czuję, a powinienem, czy chcę - spotkałem się z kimś. Nie wierzę w zakochanie się od pierwszego wejrzenia i tak też nie było, zakochanie przyszło "dopiero" po kilku godzinach. Spędziłem najcudowniejszy wekend tego roku, czy może nawet życia. Mimo chłodu, było wówczas minus 20 stopni. Wszystko się skończyło w poniedziałek, wróciłem do domu i płakałem. Byłem szczęśliwy - przez moment, a potem moje szczęście odjechało pociągiem. Początkowo z tym walczyłem, lecz przegrałem, zakochałem się, ujęty tą opiekuńczością, tą radością i miłością jaką zostałem obdarzony, nie umiałem z tym walczyć. Parę dni po tym, okazało się, że zostałem oszukany, znów. Czy serce potrafi znieść tyle razów? Nie wiedząc co robić, postanowiłem walczyć, głupio, przeraźliwie głupio. Spędziłem, po raz pierwszy w życiu = Walentynki, moje pierwsze znienawidzone święto. Pojechałem tam i spędziłem znów cudowne chwile. Chociaż sam pomysł jazdy daleko w nieznane - jadąc, sam o sobie myślałem - "pojebało mnie". Gdzieś w tym całym amoku była sesja na mojej uczelni, zaliczyłem wszystko w pierwszym terminie, nie wiem kiedy, ani jak.
Marzec - Pierwszy wekend, pojechałem Tam. Znów, drugi raz, tym razem oficjalnie. Znowu było cudownie. Nawet poszliśmy razem na koncert. Pozwiedzałem zupełnie obce sobie miasto, bawiłem się świetnie. W połowie marca byłem jeszcze na koncercie Closterkellera w Chorzowie, tutaj razem z kumpelą, fajnie było, picie taniego wina, jedzenie kotów w ciemnym lesie z całą ekipą. Kolejne niezapomniane przeżycie. Pod koniec miesiąca znów pojechałem tam, stęskniłem się. Mimo, że mieliśmy się widzieć w kwietniu.
Kwiecień - Ze swoim szczęściem pojechałem na koncert, oraz, żeby zobaczyć swoją kumpelę, którą znam tylko z internetu. Wyprawa początkowo była fajna, przepełniała mnie pozytywna energia i radość, mimo, że dupa porządnie mi tam zmarzła. Mój "związek" się tam posypał, źle to wspominam, znów dostałem po dupie od życia. Bez sensu, postanowiłem to zakończyć - nie wyszło. To co się działo w środku, przytłumiło mnie, także mało co już z tego wszystkiego pamiętam. Okropny wekend. Co się już działo w kwietniu nie pamiętam. Jeszcze wiem, że byłem na koncercie u siebie, ale była zła atmosfera, gdyż się z kimś pokłóciłem, obecnie mam na to wyłożone, ale wtedy było mi smutno. Najgorsze było to, że racja nie była po mojej stronie.
Maj - Wekend majowy zaczął się od tego, że to szczęście przyjechało do mnie. Ja oprowadzałem po swoim mieście, mieliśmy dla siebie tylko jeden dzień. W połowie maja nadarzyła się okazja, no i kolejny koncert, mile wspominany, że ja pojechałem tam. Fruwałem nad ziemią ze szczęścia. Juvenalia w tym roku mi nie wyszły, miała być wyprawy, brakło środków.
Czerwiec - Jedna wyprawa tam, na pół dnia. A tak to głównie sesja i uganianie się ze swoja grupą, były nawet tarcia. Śmierć w rodzinie.
Lipiec - w pierwszym tygodniu, problemy z łącznością ze szczęściem, a co dalej? Nie wiem, w zasadzie to nie pamiętam co ja wtedy robiłem. Szukałem pracy - ale nic mi z tego nie wyszło, co chwilę zaliczałem porażki.
Sierpień, przez pierwsze pół miesiąca - nic. 15 sierpnia spełniło się moje marzenie, dzięki mojej połówce, zobaczyłem na żywo po raz pierwszy miłość mojego życia i jestem za to niesamowicie wdzięczny. Później pojechałem na wakacje, niestety nie tak jak chciałem. Ale nawet mimo to było fajnie.
Wrzesień - jeśli chodzi o związek zaczęło się sypać. Ba, zaczęło się sypać moje zdrowie, dostałem porządnie po dupie, i po portfelu. Z tego nie będę się spowiadał, ale ból i tylko ból. Pod koniec września, rozstałem się, wytrzymałem jeden dzień, a potem wróciłem do tego wszystkiego.Z innych rzeczy - ślub, w sumie pierwszy na jakim byłem, no, może drugi.
Październik - początek szkoły, znów. Środki finansowe porządnie odchudzone, zaczęło być ciężko. A z pracą - nic. Chyba się do tego nie nadaję. A jeszcze 19 października wywiązała się pewna kłótnia, która znów mnie oddaliła. 6 października całkiem fajny koncert był, i to prawie za darmo.
Listopad - koncert Closterkeller - tym razem jeden, później jeszcze Hetane - epidemia szczęścia. Dwa dni później dostaję po dupie od życia, nagle się znajduje "życzliwy" i niszczy mój i tak rozpadający się związek. O dziwo, zamiast się rozpaść, wszystko się naprawia - powiedzmy. Moje szczęście do mnie przyjeżdża, cudowny dzień, nie widzieliśmy się 3 miesiące. A ja jestem rozbity. Na pół. Kocham i ...nienawidzę. Chcę odejść i zostać jednocześnie. Póki co podejmuję decyzję, że daje szansę. Ale po dwu tygodniach jadę ja - Tam. Jest słabo, może poza odkryciem fajnej knajpki z naleśnikami. Zdołowany i rozbity wracam do domu i trwam w tym stanie. Nie wiem co robić, ciągnąć to dalej, czy zakończyć? Ciągnę.
Grudzień - pracy nie znalazłem, obowiązki szkolne mi średnio idą. Święta jak zwykle w podłym nastroju. Pisanie też kiepsko idzie. A związek, hm w ostatni dzień roku była okazja na powtórzenie sylwka z roku ubiegłego, niestety w tym samym składzie. Nie byłem zainteresowany, interesuje mnie nowy skład.
Z takich wniosków jakie ten rok dla mnie przyniósł. Miałem kiedyś marzenia, dosyć konkretne. Albo powiem, chciałem być z kimś, czuć bliskość i radość z tego, myślałem, że to mi da szczęście. Moje marzenie się spełniło, przez cały rok status mojego związku to zajęty. Poświeciłem się jednej osobie, jak nigdy wcześniej. Problem pojawił się w tym momencie taki, że nie jestem szczęśliwy, mam wszystko co chciałem, a nic się nie zmieniło. Nie. Zmieniło się jedno. Wtedy miałem marzenia, byłem idealistą, jeśli chodzi o związki, teraz dostałem parę razy po dupie, jestem w związku, a marzeń już nie mam. Ziściły się, nie dając szczęścia. Sam siebie zawiodłem, sam siebie oszukałem. Nie mam już celu, nie wiem co dalej - życie chwilą? Carpe diem? Co za bezsens.
9 koncertów tego roku. 11 wyjazdów. 6 obcych lokalizacji pozamiejskich. 23 książki przeczytane. 90 płyt nowych poznanych. 36.000 odsłuchanych utworów. 100 obejrzanych filmów.

1 komentarz: