Dawno niczego nie pisałem, ale to wydarzenie jest godne uwiecznienia, i to oby jak najwcześniej, oby jak najbardziej na świeżo. Grupa Therion zapowiedziała, że kończy działalność, nagrywa ostatnią płytę i koniec z koncertami. Kolejny zabieg PRowy. Koncerty są i to jak najbardziej. Therion powraca tej zimy objeżdżając największe miasta Europy. Trasa rozpoczyna się w Polsce, a dokładnie w Krakowie, i właśnie tutaj miałem szczęście być. Therion wziął pod swoje skrzydła trzy kapele: Heavenshine - debiutantów, Sound Storm - zespół z dwoma płytami na koncie, oraz już w pewnym sensie ikonę - rosyjską Arkonę.
Heavenshine zaczęli grać przed czasem. Otwarcie bram miało nastąpić o 18, a początek show o 19, ale już kwadrans przed 19 wpuszczono ludzi pod scenę, którzy ze zwinnością starszych pań polujących na miejsca siedzące, roznieśli się po Studiu, by dobrze widzieć, część zaległa pod sceną, a reszta na balkonie. Heavenshine miało umiarkowane przyjecie, wręcz chłodne. Zagrali chyba cztery piosenki, jedna spośród nich nosiła tytuł "Black Aurora". Grają siermiężny gotycki metal, nawalankę perkusji i gitar połączoną z przesłodzonym operowym wokalem. Pani ubranej w piękną białą suknię wtórował klawiszowiec, który silił się na growl, ale nie umiał go z siebie wydobyć.
Sound Storm. Nie minęło pięć minut i na scenę wkroczył drugi support, drastycznie inna odmiana gotyku. Wokal tym razem męski, chropowaty, lecz nie gardłowy, a muzyka iście heavy metalowa. Charyzma wokalisty dała się odczuć w całej sali, podporządkował sobie publikę, dając świetne show i wspaniałą energię, mimo wczesnej pory - porwał tłumy. Set mieli już dłuższy i okazali się być dużo ciekawszym zjawiskiem. Momentami wpadali w manierę Iron Maiden, ale to już moje luźne skojarzenie. Zespół pochodzi z Włoch z Turynu i sądzę, że jeszcze nie raz zawojuje scenę, bo ma ku temu potencjał.
Arkona zespół, który zaskoczył pozytywne, sądziłem, że to będzie takie folkowe pitu-pitu, które przejdzie przez scenę i szybko się o tym zapomni. W jednym tylko miałem rację, przeszli przez scenę, ale jak burza. Wokalistka - Masza to prawdziwy Napoleon w spódnicy, czy może raczej w futrze. Występowała obwieszona lisami, na samym początku wyszła z bębenkiem, na którym zaczęła wybijać rytm. Potem jak wkroczyła reszta zespołu wyzwoliła się niesamowicie pozytywna energia, która biła ze sceny i po stokroć oddawana była w publiki. O dziwo, ta kapela ma w Polsce wielu wiernych fanów, którzy bardzo dobrze znają ich dyskografie, ja się czułem trochę zagubiony, gdyż jedynie ich parę razy przesłuchałem. Ale jest w tym bardzo dużo mocy, publika prawie przez cały czas skakała. Punktem kulminacyjnym było "Stienka ze stienku" utwór opowiadający o tradycji słowiańskich potyczek, gdzie dwa wrogie obozy tworzyły ścianę i bili sie równo w linii, tak też było pod sceną, ludzie się rozstąpili i jak wszedł refren ruszyli na siebie. Zespół jedynie zapowiedział tytuł kawałka, co również sugeruje, że fanom nie trzeba było tłumaczyć o co chodzi. Chyba występ tego zespołu zauroczył mnie najbardziej, przyćmili trochę Theriona, grając bardziej prymitywną i hałaśliwą odmianę metalu, w opozycji do tych wysokich i epickich dźwięków pozostałych kapel.
Therion - zespół, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Ikona i twórcy symfonicznego metalu, którzy w swojej dwudziestopięcioletniej historii mieli wiele przepoczwarzeń. Koncert, którego miało nie być, trasa, której miało już nie być i zespół, który miał się skończyć. Na szczęście nic z tego. Therion gra dalej i co najciekawsze dalej też tworzy. Jak sam Christopher przyznał, nie wydali nowej płyty, wiec grali same stare kawałki, natomiast pracują ostro nad nową rock operą, oraz nad DVD, które ujrzy światło dziennie już niebawem. Koncert rozpoczął się przebojem, powstaniem Sodomy i Gomory, później była reszta Vovinu, zagrali płytę w całości. W samym środku setlisty zaczęło trochę wiać nudą, gdyż odgrzebywali kawałki mało znane, oraz jako ciekawostka zagrali utwór, który ma się pojawić na szesnastym studyjnym dziele - "Who's your god", który pojawił sie w secie operowym. "Sirius" został mało dopieszczony, gdyż nie pojawiło się z niego nic.Pod koniec rzeczywiście poszli w nowsze utwory, których ludzie nie znali, ale tuż przed zejściem ze sceny pojawił się "Asgard", który po sekundzie przerwy przeszedł we flagowy "Invocation to Naamah", a potem w "To mega therion". Następnie zeszli ze sceny, wywołani przez fanów na bis zagrali delikatną "Lemurię". Później mimo nawoływań nie wyszli po raz drugi. Na scenie pojawiło się siedem osób. Chistopher we wspaniałym steampunkowym przebraniu, kapeluszu i okularach, Christian, który ostatnie takty Lemurii zagrał zębami na gitarze, to było szalone, oraz Linnea [pani współpracowała z Kamelotem kiedyś] ubrała wspaniałą suknię, bez ramion, czarny gorsem, który bez przerwy podciągał do góry, bo jej zjeżdżał, doskonale kontrastował z dołem sukni, który był biały tiulowy i długi aż do ziemi. Smuci jedynie brak "O Fortuna", który jakby się wydawało jest grany na każdym koncercie, no ale za to dostałem dawkę największych hitów, z ich najlepszych płyt, także nie narzekam, a jestem wręcz oczarowany, tym epickim przepychem. Po koncercie udało mi się zdobyć podpis Thomasa na bilecie. Zadowolony, niesamowite przeżycie, ale najlepsza chyba jednak Arkona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz