środa, 31 października 2012

Jeśli mógłbym latać

Jedno z moich ulubionych świąt. Święto Zmarłych. Jedyne święto na którym spotkania w gronie rodzinnym odbywają wyłącznie z tymi martwymi członkami familii. Jakoś ostatnio podoba mi się takie podejście do sprawy. Ale nie o tym chciałem. Dziś jest wigilia święta Wszystkich Świętych - All Hallows Eve - jak to głosi tytuł utworu Type O Negative, a także ukochane święto amerykańskie - Halloween.

Idei tego święta chyba nie trzeba przytaczać. Jako, że społeczeństwo europejskie podlega procesowi amerykanizacji, to nasiąkamy od nich wszystkim co mają. A to co nam prezentują jest niekoniecznie pierwszej świeżości. Halloween to zabawa w przebieranki, zabawa z duchami. Swoją drogą bardzo klimatyczne i [sic!] gotyckie święto. Pewnie przez wielu wyznawców Tarji czy Sharon będzie celebrowane. Ale, że Polska to Polska, zadeklarowanie chrześcijanie mają zamiar olać to święto. Ba, zadeklarowani ateiści mają zamiar olać to święto. Inne kulty mogę się domyślać, że także. Święto pogańskie, ale poganie pewnie także. Święto jest amerykańskie, i polskość ich chyba nigdy nie zaakceptuje, i to chyba główny powód.

Ja, nie odprawiam ani Dziadów, ani Halloween, mam swoją tradycję, która utarła się chyba jakoś 6 lat temu, może wcześniej, już nie pamiętam. W dzień kiedy tamci obchodzą Halloween, ja świętuję Helloween. Jako iż nie przepadam za heavy metalem, ani power metalem, ale jednak je czasem dopuszczam, to właśnie idealny moment. Cały jeden dzień w roku z klasyką gatunku, bez żadnych zboczeń w stronę popu, mroku, czy innych podgatunków. Czyste łojenie, czysty donośny wokal, patetyczne utwory, ku czci bohaterów, smoków, rycerzy i artefaktów.

W 2010 roku pojawiła się ich ostatnia płyta w Halloween, a tytuł jej - Siedmiu Grzeszników. O dziwo bardzo dobrze się przyjęła. Rok później był the best of, potem epka, a w tym roku kolejna epka, czy raczej singielek. Jak dla mnie klasycznie, to samo/ W przyszłym roku ma się pojawić nowy album. A ja słucham sobie obecnie pełnych albumów, staram się mieszać, nie chronologicznie.


sobota, 27 października 2012

Mapa wszystkich naszych porażek

Po trzech latach powróciła Moja Umierająca Panna Młoda z nowym materiałem - Mapa wszystkich naszych porażek. Jak sugeruje tytuł płyta jest smutna. Jak sugeruje nazwa zespołu - doom metal.

My Dying Bride powstało w Anglii w 1990 roku, początkowo wpisywali się w cały ówczesny nurt około black metalowy. Podobnie jak i inne kapele z tego okresu. Dopiero druga płyta złagodziła ich brzmienie. Do zwykłego black metalu dodali przede wszystkim klawisze i skrzypce i spowolnili brzmienie. Tak narodził się nowy gatunek, którego są ojcami. Obok Anathemy i Paradise Lost tworzą Trójce Smutasów z Wysp Brytyjskich. Są uznawani za prekursorów gatunku - doom metal. O ile dwie wcześniej wymienione zrobiły co innego. Paradise Lost gra dosyć podobnie, lecz gitary są jakby trochę bardziej thrashowe, stworzyli gatunek o nazwie gothic metal. A Anathema poszli w stronę atmosferycznego grania - męski odpowiednik The Gathering.

My Dying Bride stworzył swój własny gatunek i twardo się go trzyma. Czasem było lepiej, czasem było gorzej, bywały eksperymenty, moim zdaniem całkiem udane, lecz wszystko zawsze mieściło się w doomie. Pamiętam, że zachwycałem się poprzednią płytą, gdyż dźwiękowo była bardzo wypieszczona i dźwięki nie nudziły. W walcowatym brzmieniu to poważny zarzut. Dla kłamstw, które stwarzam okazało się dla mnie bardzo dobrą płytą. Chociaż, zawsze to będę powtarzał, ideałem dla mnie jest ta, którą pierwszą poznałem - Pieśni Mroku. Słowa Światła. Dobrze też sobie radziła Linia nieumarłych królów, ale i tak daleko jej było do Anioła i Czarnej Rzeki.

Nowa płyta przede wszystkim nie zaskakuje. MDB potwierdza, że jest dla doom metalu tym, czym Iron Maiden jest dla heavy metalu. Podają znów ten sam rodzaj smutku, tę samą rozpacz, podobne - nowe melodie, rozwalcowane na dziesięć minut. To jest, myślę, w nich najpiękniejsze. Potrafią zachwycać, znów, operują wokół jednego bardzo szerokiego pola. To czego mi brakuje na nowym dziele, to utworu, który by zwrócił na siebie swoją uwagę [aingla?] i może trochę zaskoczenia. Tak jak przy poprzedniej płycie, która zaskoczyła powrotem do korzeni, tutaj jest mniej skrzypiec, a to one dodają pewnego rodzaju klimatu. Ale mimo to album jest bardzo porządny.I klasyczny.


sobota, 13 października 2012

Wybierz w śmierci

Pod koniec października na półki sklepowe trafi kolejne wydawnictwo spod marki HIM. Jednak nie będzie to premierowy materiał. Coś w rodzaju The best of. Na krążku znajduje się jeden nowy utwór, taki spod znaku unreleased. Reszta to po prostu zbiór najważniejszych utworów rzucony w kolejności bardzo przypadkowej. Nie wiem kto okładał tą tracklistę, ale jest chaotyczna.

Zespołu HIM nie znam prawie w ogóle wcale. Wiem, że istnieje i wiem co grają, ale nigdy mnie to w żaden sposób nie pociągało. Dlatego ta płytka jest w sam raz dla mnie. Taki niby podsumowanie dwóch dekad. Jeśli chodzi o ich dyskografie to jest ona tak skomplikowana, że nie umiem się w tym połapać, najpierw płyta, potem jej reedycja, potem jakiś zbiór utworów, w końcu reedycja w innym kraju, potem znów jakiś the best, potem kompilacja, w końcu nowa płyta i tak w kółko. W przyszłym roku ma wyjść ósmy studyjny album. Kompilacja o której mówię to ósma ich składanka. Cztery epki, trzy koncertówki, prawie trzydzieści singli i na pewno kilka bootlegów i płyt z rarami.

Pojawia się teraz kilka utworów, które dobrze kojarzę. The Kiss of Dawn - nie wiem w zasadzie skąd ten utwór, ale znam go bardzo dobrze. Heartkiller - swojego czasu mocno promowany w esce rock i zapadł mi w pamięć, coś w okolicy, któryś świąt był puszczany. Wicked Game - szlagierowy cover. Poison Girl - to pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, podobnie Join me in Death, do tej pory nie wiem czym się ten kawałek różni od Join me. Wings of Butterfly - czasy licealne, teledysk był na niemieckiej vivie, z takim wieżowcem i oni grali na jego szczycie, fajna piosenka. Pretending, Gone with the Sin - znów dwa starocie, które o dziwo znam. Killing Loneliness - kolejny znajomy przebój. Tyle tego.

Za kapelą specjalnie nie przepadałem, graja jak dla mnie przeważnie pościelówy, takie niby dla bab, zwłaszcza z tym urodziwym wokalistą, który wcale mi się nie podoba. To mnie jakoś odpychało, niech se nastolaty za nim piszczą. Eh i dopiero teraz zacząłem ich słuchać, od tych kilku utworów. Jak dla mnie ciekawostka. Acz płytę polecam, dla takich jak ja, którzy nie znają Jego Piekielnej Wysokości....


niedziela, 7 października 2012

Cięcia na żywo

Był wczoraj koncert. Byłem na nim, z moją ulubienicą , której na następnym koncercie zabiorę telefon. O całej imprezie dowiedziałem się dwa tygodnie wcześniej - przez przypadek. Słuchałem zespołu, wszedłem na ich stronę i o - nowa płyta, potem o - trasa koncertowa. Dzień wcześniej zakupiliśmy bilety.

Na miejscu byliśmy pół godziny przed rozpoczęciem - o 19:30. Jedno piwo. Drugie piwo. Cały czas słychać jak DJ męczy konsoletę, logo zespołu kręci się na rzutniku, ale koncertu nie ma. Gdzieś koło 21:30 usłyszeliśmy z sali, że zapraszają na koncert. Zajęliśmy strategiczne miejsca. Ludzi było na tyle dużo, że usiedliśmy sobie wygodnie na podłodze pod ścianą. Wszedł pierwszy support. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na scenie pojawiło się dwóch panów. Jeden stanął za mikrofonem, a drugi za... laptopem. Cała muzyka szła z laptopa, a jeszcze ten wokal był przepuszczony przez ten automat, nie dało się ocenić czy wokalista rzeczywiście ma głos, czy nie. Wokal był aż tak zmieniony. Zespół się nazywał Black Tower. Co grali to już chyba nie trzeba mówić, elektronikę, darkwave. Nie jestem fanem takich rozwiązań, wolę, żywe instrumenty. Teksty, piosenek mimo, że ciężkie i smutne, wydały się dosyć proste, więcej nie napiszę. Ostatecznie mimo, że to tworzyło taką niezbyt zachęcającą aurę, to mnie się podobało. Na parkiecie bawiło się osiem osób - z czego dwie laski tańczyły, a reszta siedziała i słuchała. Skończyli grać jakoś koło 22. Potem pół godziny przerwy, również na podłodze.

Właściwa gwiazda wieczoru pojawiła się dopiero przed 23. Od razu mieli problemy techniczne, gitarzysta się nie słyszał i grał chyba na ślepo, albo z pamięci. Zaczęli utworami z nowej płyty. nie wiem ile ich było, ale prawie cała płyta. Dla mnie niestety nie znane.Na pewno był singlowy Pamiętam, potem był Stereo i zrobiony na karaoke Nie kocham cię już. Ze znanych mi utworów, dopiero gdzieś w połowie pojawiły się: Ty i ja, 36,6, Bukiet w kolorze krwi, moja ulubiona Anastazja, To nie ja, Tik tak, EL 44 V2, Za Zamkniętymi drzwiami, Telefon, Internetowy troll. Na pierwszy bis Pokój na jedną noc i Smutna dziewczyna a potem jeszcze Kochać Cię chcę. Cała zabawa się skończyła po północy. Koncert bardzo udany, było około 30 osób. Parę osób tańczyło, reszta słuchała.

Co do samej gwiazdy wieczoru, już to pisałem w poście sierpniowym. Wydali trzy płyty, teraz najnowszą. Graja alternatywnego rocka, coś w okolicy the Killers, Muse, Gitara, bas, klawisze. Perkusji nie ma, idzie z automatu, albo z laptopa. Fajny, młody, polski zespół. Chociaż może wokalista lekko zestresowany, nie jest takim zwierzem scenicznym, no i ten kontakt z publicznością, zagrali utwory kropka w kropkę jak na płytach, nic nie przedłużyli, żadnego śpiewania z publiką.A piosenki mają trzyminutowe, dwie zwrotki, dwa razy refren, jakaś solówka na gitarze i tyle. Ale hm, ogólnie jestem zadowolony.

piątek, 5 października 2012

Holy shit

Tym razem Polska. Polska wokalistka. Maria Peszek wydała swoją trzecia płytę. Maria gra w zasadzie pop, alternatywę, albo można to też nazwać poezją śpiewana, gdyż największy nacisk w jej twórczość jest zdecydowanie na teksty. Plus wokal, ekspresja wokalna, bo w sumie pani jest aktorką, a także córka słynnego aktora.

Jak tak przyglądałem się jej dyskografii, to pierwsza płyta wydaje się taka nieśmiała, delikatna, bardziej tekstowa. Mniej melodii, mniej prowokacji, taki eksperyment, czy to się w zasadzie uda. Udało się. Choć oczywiście kontrowersje były - Pieprzę cię miasto i Nie mam czasu na seks. Obydwa single były wysoko na liście trójki.

Druga płyta zdecydowanie odważniejsza, również w znaczeniu tekstowym, atakująca moralność. Dużo w niej erotyzmu, czy może bardziej brutalnie seksu, z pewnością wiele osób uznało ja za obrazoburczą pornografię, bo taka w sumie jest. Prowokacyjna. Prowokuje seksem. Okazała się sukcesem.

Najnowsza płyta musiała być inna, i jest. Nowa płyta jest przede wszystkim smutna. Znów prowokuje, znów jest seks, znów są mocne dosadne teksty. Sam tytuł prowokuje Jezus Maria Peszek, są to też słowa utworu Nie ogarniam, który już mi zdążył wejść do głowy. Wyścigówka ma mocny punkowy refren, choć tekst zdecydowanie depresyjny. Utwór dedykowany tragicznie zmarłej Amy Winehouse, choć nie jest to oda pochwalna najsmutniejsza dziewczyna na świecie, za kreska, kreska. Żwir trochę śmierdzi Chylińską, ale również smutne - w smutek opakowana, leżę na dnie. Na wykopie punkowym jest Sorry Polsko, gdzie Maria mówi co na prawdę myśli o swoim kraju, że nie oddałaby Polsce ani jednej kropli krwi. Kolejny mój ulubiony, parafraza psalmu 23, który tłumaczył Kochanowski, czy Miłosz. Maria to parafrazuje na swój ateistyczny i przeczący sposób. Wychodzi z tego taki hymn antyreligijny, jeden z moich ulubionych utworów na tej płycie. Pibloktoq enigmatyczny tytuł, początek delikatny, rozwija się dopiero w połowie, tekst również smutny. Padam wreszcie coś w miarę optymistycznego, no i singiel. Nie wiem czy chcę kolejny anty-hymn, tym razem zaprzeczenie macierzyństwa, którego Maria się wypiera. Szara flaga - "męczy mnie Polska, wisi mi krzyż" - chyba komentarz nie jest potrzebny. A na koniec ballada, klawisze i głos.

Jak dla mnie bardzo dobry, porządny album, bardzo mi się spodobał i urzekł. Chyba najbardziej z całej dyskografii, aż chce i się powiedzieć że dojrzały. Chociaż bardziej pasuje powiedzieć, że to płyta kobiety, która przeszła depresje i jest wściekła i zmotywowana.


czwartek, 4 października 2012

Normalność nie jest normą

Przyjechałem dziś z Sophi wieczorem
Ona żyje w powietrzu w powietrzu, którym oddycham
Nie potrafię tego wyrzucić z moich myśli
Jak to zostałaś pozostawiona by się wykrwawić
Czy to przez to jak byłaś ubrana?
Czy może przez Twoje zachowanie?
Nie mogę uwierzyć
Jak można było postąpić tak okrutnie
Bez żalu
Dobrze, my nie zapomnimy!

My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Tak proste jak powietrze w płucach
Tak proste jak słowa na ustach
I nikt nie powinien ci tego zabierać
Teraz z podniesionym czołem
Zadbamy
Zaopiekujemy się
I nie pozwolimy im nas zgnębić
Albo odepchnąć
Gdyż jesteśmy inni
 
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Normalność nie jest normą
To tylko uniform
My jesteśmy inni
Zapomnij o normach
 Jesteśmy outsiderami
Zdejmij swój uniform
 My jesteśmy inni
My wszyscy jesteśmy piękni
My jesteśmy inni


 tytuł oryginału: We are the Others
tekst: Delain
album: We are the Others
tłumaczenie: Dying Angel

Jesteśmy inni

Trzeci album wydał holenderski Delain. Zespół powstał w 2002 roku z inicjatywy byłego klawiszowca Within Temptation. Od tamtej pory wydał demo i dwa pełne albumy. Jako wokalistka w 2005 pojawiła się czerwonowłosa Charlotte. Pierwszy album ukazał się w 2006 roku i nazywał się Luicidy. Drugi - April Rain ujrzał światło dzienne w 2009 roku. Na swoje płyty często zapraszają gości. Gościnnie pojawiła się Sharon den Adel, jak również Marco z Nightwish. Właśnie to był chyba napęd dla tego zespołu, Gdyby nie goscie to nikomu by się nie chciało sięgnąć po te płyty. A tak parę osób sięgło i poleciło znajomym, a dziś wspólnie tworzą nową markę. Gdyż markę zespół ma wyrobioną.

Delain gra, tak samo jak macierzysta kapela, symfoniczny metal, czy też gotycki metal. Nie ma tutaj przesadnych orkiestracji, ale jest operowy śpiew wokalistki, są klawisze, które nadają rozmachu. A cała reszta to dobry poczciwy rock, celowo nie nazywam tego metalem, gdyż zespół powoli odnajduje swoją drogę.

Na samym początku grali jak WT. Mocno, słodko, patetycznie, Coś pod The Silent Force. Później wydali swoją drugą płytę, która jednak nie przeskoczyła debiutu, stanęła gdzieś w jej cieniu. Najnowsze WT gdzieś się zagubiło po drodze serwując więcej elektroniki, więcej rocka, mniej mrocznego metalu, a przypomnę, że rozpoczynali grając doom metal. Delain poszedł tą samą drogą. Nowy album jest bardziej rockowy, jednocześnie lżejszy, ale przez to bardziej nowoczesny i przystępniejszy. Chyba się powstrzymam przed stwierdzeniem, że przebojowy, ale jednak coś w tym jest. Mnie urzekł. Nie powalił na kolana, ale jedynie urzekł. Płyta, jak jej poprzedniczki jest bardziej piosenkowa.

Należy wspomnieć o tekstach, które w tym przypadku skupiły wokół jednego tematu - równości. Całość jest dedykowana Sophie Lancaster, dziewczyna była w moim wieku, została zamordowana. Za co? Za to, że była sobą. Była gotką. Oprócz niej zginął również jej chłopak - pobity na śmierć. Całość tekstów jest niesamowicie pozytywna i dająca siłę, skupiająca się na tolerancji wobec obcych, innych. Taki jest również teledysk do We are the Others, w którym pokazani są obok siebie, gruby, wegetarianka, osoba nieśmiała, cierpiacy na zespół Aspergera, lesba, jąkała i parę innych. W teledysku jest również małżeństwo den Adel. Jak dla mnie klip roku, i piosenka.


środa, 3 października 2012

Jak i ty

Po czterech latach z nowym albumem powróciła pani P!nk. To już szósty w dorobku gwiazdy. Gwiazda to chyba najlepsze określenie osoby wokalistki. Chociaż mimo iż ma ona kilka utworów w światowym kanonie, mimo, że jest młoda, piękna i seksowna, to nie epatuje swoją osobą, tak jak to robią inne gwiazdy. A śpiewa muzykę typowo rozrywkową. To mi się w niej podoba. Nie prowokuje na siłę, nie robi skandali, nie jest o niej głośno. Natomiast jej utworu królują mimo to na listach przebojów.

Z tego co wyczytałem pochodzi z rozbitej rodziny, trafiła na ulicę i muzyka ja z tej ulicy wyciągła. Początkowo jej wizerunek był takiej młodej gniewnej, ale dużo mniej słodszy niż Avril Lavigne. Później stawała się coraz bardziej kobieca, ona jak i jej muzyka, jednak coś z tego buntu w niej zostało do dziś, choć już nie jest taka nastoletnia. Prywatnie żona perkusisty Sum 41, obecnie dzieciata.

Na nowej płycie nie ma rewolucji. Wciąż jest to bardzo piosenkowy pop z lekkim rockowym pazurem, i tak mniej więcej można określić jej styl. Gra pop, ale na rockowo, w okolicy wspomnianej Avril, czy Kelly Clarkson. Z The Truth about Love  zdążyła już wydać dwa single Blow me, oraz Try. Moją uwagę z całej tej płyty przykuł Slut like you, mocny rockowy kawałek z wykopem i tekstem, chociaż tekst jest moim zdaniem o niczym, ale czy to ważne. Ogólnie płyta mi się podoba, chociaż to nie są moje tereny muzyczne, ale czasem trzeba też czegoś lżejszego posłuchać. Taki lekki rock jest w sam raz.

poniedziałek, 1 października 2012

Czarny korek

Niedawno miała miejsce premiera najnowszej płyty zespołu Skunk Anansie". Jako szczęśliwy posiadacz tego albumu, chciałem opisać swoje wrażenia. Zespół powrócił równo po dwóch latach. Poprzedni Wonderlustre był pełen przebojów, utworów, które dosyć długo się mnie trzymały. Co do starszej dyskografii to nie jestem specjalnie w temacie. Zespół powstało jakoś w latach 90. i jest spuścizną całego ruchu grunge. Wydali wówczas trzy bardzo dobre albumy. Słuchałem ich, ale jakoś bez przekonania. Ze starszych dokonań znam tylko the best of, a z niego mój ulubiony jest Because of You.Dosc mocno lansowany w esce rock.

Skunk Anansie gra bardzo przystępne, a przy tym bardzo melodyjne utworu. To jest ich siłą napędową - melodie i łatwość wpadania w ucho. Przy tym trochę rocka, choć nie ma jakiegoś tam łojenia, jest porządne granie. Graja rock, alternatywny rock, pop-rock - różnie to można nazywać. Znakiem szczególnym jest emocjonalny wokal i specyficzna barwa pani Skin, która jak potrzeba potrafi się wydrzeć, a jak potrzeba śpiewa delikatnie. Zresztą któż nie zna tej łysiny - kolejny element rozpoznawczy, ostra laska na wokalu, która nie do końca wygląda jak laska.

Niedawno byli w Polsce, promowali swoją najnowszą płytę. Jak do tej przesłuchałem jej kilka razy. Jak na razie bardziej podoba mi się poprzedniczka, więcej melodii złapałem. Tutaj produkt jest niby taki sam, tylko ta piosenkowość wydaje mi się jakby trochę mniejsza i uboższa. Ale i tak jest to jedna z lepszych produkcji tego roku. Zachwytu nie ma, na kolanach nie klęczę, ale jest porządnie. Najciekawsze momenty - Sad, sad, sad, Spit You Out, I Belive in You - czyli single, chociaż jest to taka płyta, że wszystkie utwory mogą być singlami. Płyta ląduje klimatem nieopodal Garbage, którzy również zachwycą koncertem i również uraczyli świat swoim piątym albumem.


niedziela, 26 sierpnia 2012

Zdobyć wszystko z 2011 roku

Wydarzenie w Polsce
Clsoterkeller
[najlepsza kapela koncertowa ubiegłego roku]


 Polska
Artrosis
[zdecydowanie triumfalny powrót po latach]


Europa Zachodnia
Silent Scream of Godless Elegy
[nagle na mapie pojawiły się Czechy i namieszały]


Skandynawia
Children of Bodom
[zdecydowanie najlepszy album z północy]


Stany Zjednoczone
Evanescence
[bardzo udany powrót do formy]


Death Metal
Decapitated
[Polska lansuje nową gwiazdę]


Symphonic
My Dying Bride
[najlepsza instrumentalna i symfoniczna płyta]


Gothic Metal
Stream of Passion
[ten niezapomniany głos i klimat jaki oni tworzą]


New-metal
Otep
[na ostro, odkopują to co zapomniane, niesamowity emocjonalny wokal]


Alternative Rock
Rise Against
[połączenie rocka, nu i troszkę emo, choć głównie punk, wysoka jakość]


Rock
Seether
[wreszcie się do panów przekonałem]


Depressive sound
Tomek Beksiński
[najsmutniejsza płyta ubiegłego roku]


 Moje odkrycie roku
Noctura
[pochodzą z Francji i grają tak jak to lubię]


Nadzieja na rok przyszły
Hetane
[zapowiedzieli płytę, czekam...]


Najlepszy wokal
Foo Fighters - Dave Grohl
[najmocniejszy głos ubiegłego roku, dodatkowo podany na doskonałej płycie]


Płyta Roku
KoRn The Path of Totality
[powrót i zaskoczenie, w wielkim stylu, wreszcie mnie opanowali]


Zespół roku
Within Temptation


[bezlitosny album męczony przez cały rok, zasłużona statuetka]

sobota, 25 sierpnia 2012

Jaki rodzaj głupca

Nie widzę drewna tych wszystkich drzew
Nie słyszę tego szeptu wiatru
Głos w twojej głowie... jesteś jak to się mówi
Więc co można zrobic by go usłyszeć?

Jaki rodzaj głupca
określa tych, którzy porzucają kosztowności
Jaki rodzaj głupca
zostawia skarb by zjadła go rdza deszczu
A potem będą go znów potrzebowali, gdy niebo się wyczyści
Jaki rodzaj głupca
nie szuka klejnotów
by oczyścić je z pyłu?
Głupcy tacy jak my...

Głupcy, którzy chcą więcej niż mieli
Chcący zobaczyć najjaśniejszy świt
Sięgnąć gwiazd, bo są słodsze niż
księżyc, mimo, że jaśniejszy
i bliżej do ciebie...



tytuł oryginału: What kind of Fool
tekst: All About Eve
album: All About Eve
tłumaczenie: Dying Angel

Z dedykacją dla Utraconego...




Wszystkowidzący

Dynie powróciły po latach z kolejną płytą. Z oryginalnego składu pozostał jedynie Billy Corgan, reszta zespołu gdzieś zniknęła po drodze. To właśnie Billy jest odpowiedzialny za stworzenie tego materiału. The Smashing Pumpkins powstało w 1988 roku, w Seattle. Właśnie przez ten fakt są często zaliczani do nurtu grunge - kolebki gatunku.

Moim zdaniem zespół raczej nie gra gruge, gra swoja specyficzną odmianę alternatywnego rocka. Specyficzną, lekko depresyjną, trzymającą klimat i oczywiście pewien poziom. Jest ta muzyka lekko przesiąknięta nutą gotyku, jest w tym jakaś głębia i nostalgia.

Swoją pierwszą płytę wydali w 1991, która raczej nie podbiła list przebojów. Następna dwa lata później była Siamese Dream, z przebojem Today. Trzecia płyta moim zdaniem przynosi największe przeboje - mój ulubiony Bullet with the Butterfly Wings, 1979, Tonight, Tonight. Następnie wyszła Adore, a potem jeszcze w 2000 dwupłytówka. Tutaj kariera jakby się skończyła, dopiero w 2007 roku powrócili ze świeżym materiałem - Zeitgeist. W 2012 wydają Oceanię.

Najnowsza płyta nie przynosi rozczarowania ani wstydu zespołowi. Jest to zbiór bardzo dobrych utworów, bardzo dobrych, choć największa uwagę przykuwają te pierwsze, do piątego numeru. Są bardzo dobre, lecz na tej płycie nie ma przebojów. Album nie wchodzi od razu, wymaga trochę czasu i kilku przesłuchań więcej. Dynie powróciły w dobry stylu, choć to już nie jest ten sam zespół co dwadzieścia lat temu.


piątek, 24 sierpnia 2012

Narodziny złego

Kolejny wielki powrót tego roku - Marilyn Manson. W maju ukazała się ósma studyjna płyta jego zespołu. Ósma nie licząc płyty z coverami. Zespół powstał w 1989 roku, początkowo dzięki inicjatywie Red Hot Chilli Peppers i właśnie w stronę tego zespołu jest zwrócony debiut Mansona. Debiut niczego dobrego nie przyniósł. Dopiero płyta z coverami, a z niej Sweet Dreams zespołu Eurythmics przyniosło Mansonowi wielką sławę. Później była trylogia, trzy najlepsze jego płyty. W 2003 wyszła moja pierwsza którą słuchałem i najulubieńsza The Golden Age of Grotesque. Potem już nie było tak kolorowo, sukces umiarkowany, a i pomysłu jakby brakło.

Najnowsze dzieło nie przynosi niczego nowego, Born Villain jest po prostu kolejnym albumem. W tym samym stylu, mroczne rockowe granie, w okolicy industrialu, gotyku i alternatywnego rocka. Manson dobrze się wpisuje w nu-metal, o dziwo.

Nowa płyta to kolejny zbiór dobrych numerów, lecz wciąż czegoś brakuje, niby to samo, a jednak nie. Do formy znanej z lat 90. jest wciąż daleko i może to tylko moje wrażenie, ale czuję jakby już brakowało mu pomysłów, że wszystko co mógł pokazać to już to zrobił.

Teksty ociekające seksem i przemocą, okraszone odpowiednimi brutalnymi teledyskami. Kiedyś to szokowało, obecnie w czasach pił powoli przestaje. Kiedyś Manson uchodził za wykonawcę skandalicznego, i obecnie tych skandali też już brakuje. Facet robi wciąż to samo, do wiernych fanów to na pewno dociera. Ja nie jestem wiernym fanem. Owszem lubię jego granie, ale nic poza tym.

Jak dla mnie jest to kolejna płyta do słuchania. Jest dużo lepiej niż było na tych dwóch poprzednich, lecz to wciąż nie to powrót do wielkiej formy. Sama płyta wydaje się być bardzo równa i prezentuje równy poziom utworów. Może następnym razem będzie coś lepszego, albo coś innego?!


czwartek, 23 sierpnia 2012

Piękno

Pusty stół, cisza
Praca, żona, życie
Praca, pieniądze, dzieci
W kółko
Zniewolony
Nieszczęśliwy
Urodzony za wcześnie

Zmuszony do nieswojego życia
Wybrali je za mnie

Nie, nie jestem nim
Nie jestem inny
Nie jestem dziwny

Mam dość
Nie ugasisz żaru we mnie
Mieć wszystko, nie mieć nic

Urodzony przedwcześnie

Nie mogę, nie wolno mi
Przekreślić to wszystko
Spalić!

Kocham, przestaję myśleć
W ukryciu

Urodzony zbyt wcześnie
Nie mogłem, nie ta epoka
W pułapce.

Kocham, knuję, kradnę
Gwałcę...
W cieniu piękna

Kilka słów pisanych pod wpływem filmu "Piękno", Olivera Hermanus.

środa, 22 sierpnia 2012

Żyjace rzeczy

Linkin Park powrócił w tym roku z nowym albumem. Kapela, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Została założona w 1996 roku, swój debiutancki album wydali dopiero pięć lat później. Hybrid Theory pokrył się diamantem w Stanach. Następnie była Meteora z 2003 roku, która muzycznie była kontynuacją debiutu. Zmiany zaszły w 2007 wraz z nastaniem Minutes to Midnight, których epoka trwa do teraz, w 2010 A Thousand Suns  i obecne dzieło.

Linkini doskonale trafili w swój czas i w swoje miejsce. Dokładnie w szczyt popularności gatunku nazwanego nu-metalem, łącząc ciężkie metalowe brzmienie z hip-hopem, a wszystko to wpisane w popowe schemty, okraszone intymnymi emocjonalnymi tekstami. Takie właśnie było Hybrid Theory, dokładnie trafiło w czas i przede wszystkim w gusta, głównie odbiorców Limp Bizkit i KoRn.

LP jednak zmieniło swój styl, w 2007 roku. Minuty do północy jeszcze były trochę w tamtym stylu, ale zwiastowały nowe. Odeszli od mocnego grania, od emocjonalnego grania, przeszli na stronę elektroniki. Okładki straciły barwy. Takie jest nowe ich wydawnictwo. Pod względem produkcyjnym jest jak zawsze - wyśmienicie. LP nie potrafi wydać niczego słabego. Jedynie to, że to jak grali kiedyś bardziej do mnie docierało, wydawało mi się bardziej szczere. Teraz mam wrażenie, jakby oni isę gdzieś zgubili po drodze i sami szukają siebie, swojej drogi.

Najciekawsze na płycie pozostają pierwsze numery singlowy Burn it Down oraz Lost in the Echo, a także bardziej rockowy In my Remains. Nie wiem, reszta utworów jakoś mi się zlewa w jedno, owszem są dobre, ale nie ma wybitnych tak jak było kiedyś. Przyzwyczaili mnie nie tylko do wysokiej jakości produkcji, ale i artyzmu. Niestety też ponarzekam na to, że kiedyś rzeczywiście był ten nu-metal, a obecnie zostaje alternatywny rock, coś między U2, a Muse, czy Coldplay. Jak się domyślam to linkini aspirują, żeby się znaleźć miedzy tymi wielkimi. Choć zawsze byli określani jako muzyka dla nastolatów. KoRn czy Deftones doskonale się czują gdy na koncertach średnia wieku drastycznie spada poniżej 20.

Podsumowując, płyta dobra do posłuchania, genialna produkcja, ale wciąż brakuje mi tego czegoś. Przyznam jedynie, że ten album podoba mi się dużo bardziej niż tysiące słońc, które chyba jako ich pierwsza płyta - miała słabe momenty.



wtorek, 21 sierpnia 2012

Jak kwiaty samotne w spotkaniu z tobą

Wróciła mi ochota na coś polskiego tym razem. Moonlight - szczeciński zespół grający ogólnie rzecz biorąc rock. Zaczynali od gotyckiego metalu, który łagodniał, przechodził w bardziej delikatniejsze brzmienie, by złagodzić się zupełnie i dojść do trip-hopu. Oczywiście mrocznego trip-hopu.

W mojej głowie zagościła ostatnio czwarta płyta zespołu. Nie wiem czy najulubieńsza, ale chyba nie, najlepszą jest pierwsza Kalpa Taru. Czwarta nosi tytuł Floe. Płyta ukazała się w 2000 roku, w barwach Metal Mindu, jak zresztą wszystkie inne dzieła Moonlight.

Jak pisałem Moonlight początkowo grał gotycki metal, później od tego odchodził i właśnie początki tego były na poprzedniej Inermis, tutaj jest tylko kontynuacja. Oczywiście wciąż jest to grupa rockowa, ale grają delikatniej. Maja Konarska wciąż potrafi się wydrzeć, ale też potrafi zaśpiewać bardziej onirycznie. Zresztą jej wokal ma bardzo duże spektrum co bardzo ładnie pokazuje na tej płycie.

Album zaczyna się od Tabu - mocne uderzenie na początek. Potem Lekarstwo na sen i trójka, najbardziej rozpoznawalny utwór grupy List z raju. Pieśń miłosna, w której podmiot zwraca się do przyjaciela, że raju nie ma już. Jeden z najpiękniejszych utworów. Potem dosyć perwersyjny tekst do Tańca ze śmiercią, tekst stworzony jakby był erotykiem Już mnie nie całuj i już mnie nie dotykaj (...) jutro mnie znowu weźmiesz jak chcesz - inwokacja do pani śmierć. Następnie wolniejsze fragmenty Meren Re (Akt ostatni) oraz Meren Re (Dobranoc). Tego pierwszego jakoś nie lubię, natomiast drugi jest moją ulubioną balladą. Siódemka nie posiada tytułu, jest to wokalna wariacja Majki. Obsesja typowy utwór Moonlight. Shadizar mimo, że ballada, to jednak Majka się w nim bardzo mocno wydziera. Przedostatni Kiedy myśli mi oddasz doskonale kontrastuje z poprzednim ostrzejszym utworem. Na koniec rockowy wykop - Kochanka, po której następuje cisza i jeszcze pod sam koniec płyty słychać akustyczne Nic w życiu nie zdarza się przypadkiem.

Sam siebie nabrałem tą płytą. Słuchałem jej dosyć intensywnie wczoraj i dziś, ale utwór, który za mną chodził i który mi się śnił po nocy nosi tytuł Flos i wcale nie znajduje się na płycie Floe, tylko na Inermis. Ale i tak się ciesze, że powróciłem do Moonlighta, gdyż jak ich ostatnio słuchałem to mnie nudził. Potrzebowałem chwilę odpoczynku.

Chciałbym, żeby ten zespół powrócił, chociaż na jedną trasę koncertową. Ale niestety, jak to Majka podkreślała w każdym wywiadzie formuła Moonlight już się dawno wyczerpała. Szkoda, moim zdaniem to najważniejsza polska gotycka kapela. Dużo bardziej wolę ich niż Closterkeller, czy Artrosis, w sumie byli pierwsi.

A co do samej płyty, nie jestem w stanie się zdecydować, która jest moją ulubioną, a która nie. Kalpa Taru, była pierwsza i znam ją na pamięć. Meren Re jest jakby jej rozwinięciem. Inermis brzmi dojrzalej, a potem jeszcze Floe, gdzie powoli uchodzą od gotyckiego metalu. Yaishi i Candra wydaje się w ich dyskografii najspokojniejsze, mimo, że są na nich również mocne fragmenty, to chyba te dwie lubię najmniej. Potem Audio 136 diametralna zmiana stylu, ale są wycieczki w stronę nawet nu-metalu. Downwords wydaje mi się najbardziej spójną i nudną płytą, nie wiem, nie lubię jej, męczy mnie, ale mimo to potrafię jej słuchać. Integrated in the System of Guilt ostatnia płyta, ciężka i mroczna, ciężka bardziej klimatem niż dźwiękami, bo dźwiękami jest to mroczny trip hop, gdzieś w stronę Massive Attack. Po drodze gdzieś jeszcze była reedycja dema nazwana po prostu Moonlight, która mimo wszystko też jest dobrym albumem.

List z raju:

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Beztroski

Epica powraca ze swoim piątym dzieckiem Requiem for the Indifferent. Zespół powstał w 2002 roku. Wyrodził się od nieistniejące go już After Forever. AF zdobywało popularność wspierając na trasach takie tuzy holenderskiego grania jak The Gathering i Within Temptation - wszystkie te kapele kręcą się wokół jednego gatunku. Od After Forever odszedł gitarzysta, stworzył nową jakoś stawiając za mikrofonem Simone Simons. Pani jest obdarzona mezosopranem, który się pięknie komponuje z metalowym brzmieniem. A do tego uznawana jest za jedną z najpiękniejszych wokalistek, rudowłosa piękność.

Zespół zadebiutował w 2003 roku The Phantom Agony z którego pochodzą dwa najbardziej rozpoznawalne utwory zespołu Cry for the Moon oraz łzawe Feint. Przez ten drugi kawałek miałem awersję do tego zespołu. W 2005 roku wydali Consign the Oblivion ich druga najlepsza płyta. Potem były dwa The Divine Conspiracy w 2007 i Design Your Universe w 2009, które tylko potwierdzały wielkość zespołu. W 2009 wydali takze The Classical Conspiracy , którą się strasznie zachwycałem.

Zespół gra symfoniczny metal, wyciągnięty z gotyckiego metalu. Jak wiadomo najpierw był Therion i The Gathering w latach 90. Potem się narodziło Within Temptation i Nightwish. Ci drudzy połączyli power metal z kobiecym operowym wokalem. W Epice jest mniej więcej to samo, może jedynie jest mniej tego power, a więcej gothic. Najlepiej powiedzieć, że jest to symfoniczny metal, to najlepiej oddaje muzykę zespołu. Jednak nie są pionierami, wcześniej było After Rorever i gdyby nie różne głosy pań Floor i Simone, można by bardzo łatwo obie kapele pomylić.

O nowej płycie będzie bardzo mało, gdyż Epica ma już swoją wyrobioną pozycję, wyrobiony styl i zaczyna wydawać płyty tak jak Iron Maiden, na każdej bardzo podobne dźwięki. Od trzech płyt nic się nie zmieniło, nie wiem czy to zarzut, czy nie. Wciąż jest to wysoka produkcja, patetyczna muzyka, z epickimi dźwiękami, chwytliwe melodie, zahaczające o power metal. Doskonała perkusja, mnóstwo chórów i klawiszy, duża dawka lirycznego wokalu, jednym słowem wszystko. Jednak po przesłuchaniu kilkukrotnym nic w głowie nie zostaje, mimo, że jest mnóstwo melodii. Mimo, że nie lubię Feint to jestem je w stanie zanucić, podobnie z przedostatniej płyty - umiem zanucić Never Enough, które mi weszło do głowy. Z najnowszej płyty jeszcze nic mnie nie złapało i w sumie na jakiś czas zapomniałem o Epice. Ta okładka jakoś średnio mi się podoba.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Mściciele

W marcu tego roku w kinach miała miejsce premiera filmu Avengers. Produkcja marvelowska. Jak zawsze przy takich filmach towarzyszy mu ścieżka dźwiękowa. Mówię na takie filmy, że zawsze mają genialną ścieżkę dźwiękową, a sam produkt jest slaby, głupi, wyssany z palca. Tak było ze Spidermanem, Matrixem i kilkudziesięcioma innymi, gdzie soundtracki były świetne, dobór rockowych wykonawców, zazwyczaj moje ulubione kapele. Przykład Daredevil - Evanescence - Bring me to Life i My Immortal.  Filmy natomiast do tych ścieżek dźwiękowych były słabymi produkcjami, albo raczej produkcja była wyśmienita, natomiast fabuła kulała, nudna, przewidywalna itd.

Tym razem jest niby podobnie. Grupa superbohaterów z różnych bajek ratuje świat - i cóż, uratuje go, to jest oczywiste. Fabuła jest przewidywalna do bólu, ale nie ma nudy. Superprodukcja, masa efektów specjalnych, po prostu film się nie może znudzić, jest czystą rozrywką, niesie dużo pozytywnych emocji - walka ze złem. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja to kupuję. Obraz nie jest wybitny, realizacja jest wybitna.

Ale ja tu nie o filmie, bo niektórzy go jeszcze nie widzieli, ja o muzyce. Tym razem soundtrackiem jestem lekko zawiedziony. Całość nazywa się Avengers Assemble, Music from and Inspired by the Motion Picture. Całość promuje nowy utwór Soundgarden, panowie zeszli się po latach i to ich pierwszy owoc, pierwsze dziecko - Live to Rise

Jako drugi na płycie znajduje się Shinedown. Utwór I'm Alive znajduje się tylko na tej płycie, nie jest to ani singiel, ani kawałek z płyty. - podobnie było z Alicja w krainie czarów. Podobnie z trzecim kawałkiem, należącym do Rise Against Dirt and Roses. Wspomnę, że Rise Against byli w tym roku w Polsce na koncercie z cyklu Rock in Summer, [to co KoRn]. Z czwórką podobna sprawa, należy do Papa Roach kawałek - Even if I could. Następne trzy są mi w ogóle nieznane, może poza wokalistą Stone Temple Pilots. Ósemka to Bush, który również wraca po latach. Dziewiątka Evanescence, remiks kawałka New way to Bleed z ich ostatniej płyty. Dwunasty jest Five Finger Death Punch kapela grająca metalcore, grają cover Faith No More From out of Nowhere. Jako bonus załapali się Kasabian.

Co łączy te wszystkie utwory? Nic. Poza jednym. Ich twórcy wydali ostatnio płytę. Pełnometrażowy album, albo zamierzają to zrobić jak Papa Roach czy Soundgarden. Ale cóż często tak jest z takimi soundtrackami. Brakuje w zestawie AC/DC Shoot to Thrill , który został użyty w filmie. Był za to na ścieżce z Iron man 2, jako greatest hits of AC/DC. Podsumowując - ta płyta to ciekawostka, fani wyżej wymienionych zespołów mogą sobie kupić, dla tych kilku rarów, czy odrzutów z sesji, a na poważnie nie warto brać pod uwagę tej płyty.


sobota, 18 sierpnia 2012

Pora odchodzić

tak bardzo nie mam nikogo
przed chwilą mocny i dumny
teraz stoję wypompowany
i zatroskany
z sercem przybitym pinezką do ściany
tylko chłonę metaliczny nektar aort i żył 

kudłate pajęczyny zwisają
i kręcą się wraz z podmuchem
wspomnień

Zdarzyło się
Wreszcie
Spróbowałem
Obecnie bez celu
Bo i po co
Spełnione marzenia
Pora odchodzić

Ani jednego słowa więcej

piątek, 17 sierpnia 2012

Nominacje do MeneL Awards 2011

Jak co roku podsumowuję rok ubiegły. Trochę była lekka obsuwa, ale co tam sierpień, dobrze, że zdążyłem przed Gwiazdką.
Wydarzenie w Polsce
Ania Dąbrowska
Artosis
Clsoterkeller
Coma
Hey

 Polska
Artrosis
Closterkeller
Decapitated
NeraNature
The Boogie Town

Europa Zachodnia
Radiohead
She Wants Revenge
Silent Scream of Godless Elegy
Stream of Passion
Within Temptation

Skandynawia
Amon Amarth
Arch Enemy
Children of Bodom
My Dying Bride
Nightwish

Stany Zjednoczone
Evanescence
KoRn
Mastodon
Otep
Rise Against

Death Metal
Amon Amarth
Children of Bodom
Decapitated
Morbid Angel
Vader

Symphonic
Cradle of Filth
My Dying Bride
Within Temptation
Nightwish
NeraNature

Gothic Metal
Artrosis
NeraNature
Noctura
Stream of Passion
Within Temptation

New-metal
Evanescence
KoRn
Limp Bizkit
My Riot
Otep

Alternative Rock
Florence + the Machine
Jane's Addiction
Radiohead
Rise Against
Seether

Rock
Disturbed
Florence + the Machine
Foo Fighters
Seether
The Boogie Town

Depressive sound
Artrosis
Deftones
Mastodon
Otep
Tomek Beksiński

 Moje odkrycie roku
Nemesea
Noctura
Seether
Valora
Veraemerge

Nadzieja na rok przyszły
Katatonia
Nightwish
Desdemona
Hetane
Moonlight

Najlepszy wokal
Foo Fighters - Dave Grohl
KoRn - Jonathan HIV Davis
Mastodon - Troy Sanders
NeraNature - Nera
Stream of Passion - Marcela Bovio

Płyta Roku
Artrosis Imago
Evanescence Evanescence
Foo Fighters Wasting Light
KoRn The Path of Totality
Within Temptation The Unforgiving

Zespół roku
Closterkeller
Evanescence
Foo Fighters
KoRn
Within Temptation

czwartek, 16 sierpnia 2012

KoRn

Był wczoraj na koncercie KoRn'a i zrealizował jedno ze swoich największych marzeń. Nie obyłoby się to bez Utraconego Czarodzieja, z którego to inicjatywy tam się znaleźliśmy. Ja tylko powiedziałem, ze chciałbym, a on zrealizował. Dziękuję.

Przybyliśmy lekko spóźnieni. Już w autobusie poznaliśmy dwie KoRn-fanki, młode nastolaty.  Stanęliśmy w kolejce do wejścia, oczywiście do tej co szło dłużej. Gdy pierwszy zespół zaczął grać, jeszcze byliśmy poza.  Do amfiteatru weszliśmy na już którąś piosenkę. Dźwięk potężny i miażdżące gitary na wstępie. Trochę mnie to wywróciło z rytmu. Zespół Chassis zagrał myślę, że dobrze, śpiewali tylko po angielsku, dobrze rozgrzali publikę. Ja znając ich płytę rozpoznałem tylko ostatni kawałek.

Potem przerwa na piwko i Hunter. Chyba nie jestem w stanie zbyt dobrze oddać setlisty. Z pierwszej płyty nie było nic. Z drugiej - również - nad czym ubolewam. Z trzeciej na pewno był utwór tytułowy T.E.L.I..., królowała natomiast ostatnia. Na pewno na bis był $mierci$miech, wcześniej Armia Boga, TshaZshyC. Hunter zapowiedział nową płytę, i zagrał premierowy kawałek Dwie siekiery  ogólnie w ich stylu, ciekawy utwór. Kolejny dobry koncertowy rozgrzewacz przed gwiazdą wieczoru, drugi raz przed KoRn'em.

Następnie wizyta w toalecie, prawie bym się spóźnił. Wiem, że w przerwie puszczali Flyleaf I'm so sick, Alice in Chains  Check my Brain. Po tym zaczął się KoRn, najpierw intro, którego nie wiedziałem, ale zdążyłem zobaczyć jak zespół wychodzi na scenę. Zaczęło się bosko - od Divine. Przewidując od razu przeszli do Predictable. Następnie nie ukryło się No place to Hide. Potem półtora minuty podchodów - porno podchodów - Porno Creep, utwór instrumentalny, i wreszcie dobry bóg - Good God.

Nastąpiła chwila przerwy, czas na set z najnowszej płyty. Zaczęło sie od Narcistic Cannibal, później przeszło w Kill Mercy Within. Kolejne najnowszy singiel Chaos Lives in Everything. Potem  My Wall i wreszcie najważniejszy utwór w tym secie przebojowy Get up! Cała publika śpiewała Shut the Fuck up, Get up! Ostatnia balladka Way too Far.

Czas na trzeci set z największymi przebojami, zaczęło się od nietykalnego Here to Stay i podobnie jak w teledysku Jonathana śpiewał to pochylony mocno do przodu. Następnie psychol na smyczy Freak on a Leash, które przeszło w Falling Away From Me. Na koniec cover Pink Floydów Another Brick in the Wall zakończone dosyć ciężką dwuminutową solówką Munky'a, znęcał się nad tą gitarą, potwornie, pod koniec jeszcze Jon wyśpiewał Goodbye Cruel World, zaskakując i wykrzykując ostatnie Goodbye.

Potem znów przerwa. Na scenę wchodzi Jon z dudami Shoots and Ladders, ostatni wers growlem, gładko przeszli w Metallicowy One. Przedostatni Got the Life z rozbudowaną solówka perkusyjną, uwielbiam perkusję, temu to chyba najciekawszy fragment koncertu. Na końcu był ślepiec Blind.

Podsumowując koncert świetny, rewelacyjnie się bawiłem, nie będąc pod sama scenę, gdzie było bezustanne pogo, publika skakała przez cały czas. Zdarłem gardło wykrzykując wszystkie teksty, ale w koncertu wyszedłem otępiały i szczęśliwy. Warte każdej złotówki. Można by narzekać, że o trzech płytach zapomnieli w setliscie, ale co tam, gdyby one były, to by musieli co innego wywalić. Ważne, że były utwory z sześciu najważniejszych płyt. Choć ucieszyłbym się gdyby zabrzmiało jeszcze Did my Time - może następnym razem.

Na koniec z ciekawostek, podczas jednego numeru, nie pamiętam którego fan wdarł się na scenę, jak to pięknie wyglądało, jak rzucił się jeden ochroniarz i drugi na niego i go zdjęli ze sceny, piękne to było. Jon miał fantastyczny kontakt z publiką, która żywo reagowała na jego zachowanie. KoRn to wspaniałe zwierze sceniczne, może nie powali tekstem jak Anja, ale za to wydusi całą pozytywną energię, tym sobie zaskarbili serca fanów, a ci szaleli. Pięknie było. Teraz oglądam na yte fragmenty. Porobiłem zdjęcia, ale niestety jakość jest opłakana, nic nie widać, wiec nawet się nie będę chwalił.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Kamień w lecie z kukurydzą

Po wydaniu TALITM ruszyli w trasę, drugi raz zawitali do Polski, tym razem w 2005 na Metal Hammer Festival. Pod koniec roku, w grudniu, wydali swoja siódmą płytę. Na której diametralnie zmienili swoje granie. Muzyka się stała bardziej industrialna, to wciąż KoRn, lecz już bez hip-hopu, bez ognia i emocji, jakie były wcześniej, bez wrzasku, bez hałasu, bez tego wszystkiego co wyróżniało ten zespół. Gdzieś w przeszłości oceniałem tą płytę i konkluzja jaka z tego wynikła to taka, że jako KoRn płyta jest słaba, ale jako płyta zupełnie innego zespołu jest bardzo dobra. Zapomniałem o tytule - See You on the Other Side. KoRn tym albumem zmienił wytwórnię, opuścił Immortal/Epic/Sony, a SYOTS nagrał dla Virgin.

Sony wciąż posiadając prawa do starych utworów, wypuściła na rynek Greatest Hits vol. 1 oraz Live & Rare. Spośród rarów pojawił się tam utwór Proud, One cover Metallicy, siedem utworów z koncertu i kilka innych, nic nowego w każdym razie. W grudniu 2006 zespół nagrał akustyczną płytę dla mtv z serii Unplugged. Jako ciekawostki we Freak on a Leash pojawiłą się wokalistka Evanescence Amy Lynn Lee, później to zaowocowało wspólną trasą. Utwór Creep z repertuaru Radiohead, oraz gościnny udział Roberta Smitha i zmiksowanie KoRn'owego Make me Bed i curowego In between days. Płyta została wydana w marcu 2007.

Również w 2007 roku, pod koniec lipca światło dzienne ujrzał kolejny studyjny album, nie doczekał się on tytułu. Różnie nazywany przez fanów, jako dwójka, albo bez nazwy, albo siódemka. Płyta w sumie nie przyniosła niczego ciekawego, kolejny zbiór utworów zespołu, które były raczej przeciętne, kilka łatwo wpadało w ucho reszta była ciężka. Chyba na tym albumie pojawił się najcięższy w karierze utwór Killing. Przynajmniej na mnie robi spore wrażenie.

Po tej płycie znów zmienili wytwórnię. Tym razem wziął pod skrzydła stary dobry pędziwiatr. A co do Sony, to co chwilę wypuszczają na rynek jakiś the best of zespołu. Współpraca z Pędziwiatrem przysporzyła w 2010 nową płytę. Triumfalny powrót do korzeni. Płyta nazwana  KoRn III: Remember Who You Are. Rzeczywiscie, ciężarem i melodyką płyta jest kontynuacja brzmień z pierwszych dwóch płyt, lecz trochę podkręcona. Jest tu zdecydowanie więcej hałasu, dźwięki są ostrzejsze i cięższe. Mniej w tym elektroniki, która była na niezatytułowanej a dużo więcej szczerego grania na żywych instrumentach, tak jak to było na początku. Również warstwa tekstowa nawiązuje do tamtych czasów.

Najnowsze - dziesiąte dzieło pochodzi z ubiegłego roku. Moim zdaniem jest to najlepsza płyta tamtego roku. KoRn znowu diametralnie zmienił styl, jednocześnie wciąż pozostając wiernym swojemu sposobowi grania. Zmiksowali swoje granie z dubstepem, efekt jest powalający. Jak na ironie te dwa różne światy doskonale ze sobą współgrają, żeby nie powiedzieć, że dubstep jest stworzony dla KoRn'a. Płyta wielkim zaskoczeniem się okazała, lecz furory w sprzedaży nie zrobiła, ale przykuła uwagę ludzi. To właśnie od nich zaczął się wielki szał na dubstep i Skrillexa, to oni są za to wszystko odpowiedzialni. i ja to kupuję!



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Kamień w locie z kukurydzą

Kilka słów o gwieździe środowego wieczoru. Podzielę to na dwa posty, co by za dużo czytania nie było. KoRn został założony w 1993 roku, rozkręcający się zespół L.A.P.D. potrzebował wokalisty, właśnie wtedy w jednym z klubów Head i Fieldy usłyszeli głos Jona, który idealnie pasował do tego co grali. Zaczęli wspólne próby i koncerty i tak się zaczęło, później znalazł ich łowca talentów i trafili do wytwórni Epic/Immortal. Z pierwszego kasetowego dema Niedersmeyer's Mind,  rozwinęli swoje pomysły pod okiem Rossa Robinsona i stworzyli pierwszą płytę. Były to same świeże pomysły, pomieszali metal, hardcore, rap i to co zostało z grunge i stworzyli nowy styl.

Zespół szybko zdobywał popularność, lecz nie w mediach, mtv brzydziło się taka muzyką, mimo to z pierwszej płyty pochodzą aż cztery klipy. Zespół dużo koncertował. Dwa lata od wydania debiutu wydali drugi album Life is Peachy, równie mroczny i ciężki. Dopiero tutaj pojawił się pierwszy w pełni profesjonalny teledysk - A.D.I.D.A.S. Jest to pewnego rodzaju hołd dla marki odzieżowej, która wówczas lubili, później podpisali kontrakt z Pumą. Sam tytuł utworu to skrót od All Day I Dream About Sex.

Po wydaniu drugiej płyty zespół pojawił się również na scenach Europy. Z początku 1998 zarejestrowali trzeci album, brzmienie zdecydowanie uległo zmianie, stało się bardziej przystępne, nie tracąc mocy i ciężaru. Płyta zadebiutowała na pierwszym miejscu Billboardu. Zespół powołał do życia swoją własną trasę koncertową Family Values Tour, na której występowali między innymi u boku Rammstein, Ice Cube, Staind.

Półtora roku później ukazuje się moim zdaniem najdoskonalsza ich płyta Issues. Zespół przeżywa problemy, jest bliski upadku, ale koncertuje dalej. Alkohol, narkotyki, rock and rollowe życie powoli niszczą zespół. Zespół staje się ikoną nowego gatunku nazwanego przez media nu-metalem, do jednego worka zostają wrzucone wszystkie kapele rockowe grające w tamtym czasie. W 2000 roku u boku P.O.D. po raz pierwszy pojawiają się w Polsce. Zakładają swoją własną wytwórnie płytową, czym przyczyniają się do sukcesu Limp Bizkit.

Zespół bierze sobie trochę przerwy, za ten czas Jon zajmuje się ścieżka dźwiękową do filmu Queen of the Damned, w którym załapuje się na epizod. W 2002 ukazuje się druga ich największa płyta Untouchables, niestety zyski z tej płyty są już mniejsze, sukcesu komercyjnego Issues KoRn już nie powtórzy. Zasługa należy się wszechobecnemu internetowi, tuz przed premierą cała płyta ląduje w sieci i mimo iż dźwięki są idealne, pisany na metaamfetaminowym kopie, sukces jest znacznie mniejszy. Pozostaje tylko koncertować.

Jesienią 2003 na światło dzienne wychodzi szósty album Take a Look in the Mirror. Plotka głosi, że są to odrzuty z poprzedniej sesji nagraniowej i niestety jest to prawda, sprzedaż jest jeszcze gorsza. Na płycie znajduje się kawałek do Tomb Ridera Did my Time, nigdy nie wydany kawałek z dema Alive, cover Metallicy One. Rzeczywiście, dziewięć utworów pochodzi z poprzedniej sesji, dwa zostały napisane specjalnie na tą płytę. Jest to jak do tej pory najcięższe i najbardziej metalowe dzieło w dorobku grupy, brzmienie z piątego albumu plus powrót do korzeni.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Kamień w lecie i łowca

Hunter - Łowca - zespół powstał w 1985 roku, aż 10 lat musieli panowie czekać na wydanie pierwszej płyty, Znalazło się na niej 15 utworów, w większości w języku angielskim, płyta nosi tytuł Requiem. Potem nastąpiła przerwa, aż siedem kazali czekać na płytę numer dwa - Medeis, tytuł pisany greką. Czytany od tyłu - siedem, czyli tyle ile na niego fani musieli czekać. Właśnie wówczas, niedaleko po premierze, ta płyta wpadła w moje ręce. Była to jedna z pierwszych metalowych płyt w jaką się zasłuchiwałem. Tym razem po angielsku były tylko dwa numery. Do płyty nakręcono dwa teledyski.

W 2005 roku nagrywają trzecią płytę T.E.L.I..., tekstowo obejmuje tematy związane z religia, pieniędzmi, wyzyskiem jednego człowieka przez drugiego i nienawiścią wobec Boga, czy ogólnie religii. Album doczekał się wersji angielskiej, jak i promocji w postaci teledysków. Również cała ta płyta jest przeze mnie znana w całości. Najnowsze dzieło pochodzi z 2009 roku HellWood, są to utwory inspirowane filmami, zespół stworzył coś w rodzaju soundtracka do znanych filmów, oczywiście mrocznego i demonicznego.

Hunter gra polski heavy metal, tak klasycznie, raczej bez żadnych zboczeń, może poza jednym korzystają ze skrzypiec elektronicznych, które dodają utworom nieco smaczku jak i przestrzeni. Skrzypkiem jest Jelonek, znany również ze swoich dwóch płyt solowych. Jak sami mówią inspirują się takimi gwiazdami jak Iron Maiden, Slayer czy Metallica. Trochę mnie zastanawia, że nie zasiadają w polskim panteonie obok Kata, Acid Drinkers i TSA, ale chyba są za młodzi.

Zespół głównie koncertuje, kiedyś organizowali swój własny festiwal w Szczytnie - HunterFest, gdzie pośród zaproszonych gwiazd był Moonspell i Katatonia, ale formułą się skończyła w 2009 roku. A przypominam kapelę, gdyż już w środę zagrają przed KoRn'em. Grali już przed nimi, na Metal Hammer Festival 2005. Mam nadzieję, na bogatą setlistę zwłaszcza w utwory z drugiej i trzeciej płyty, moje ulubione. Jeśli chodzi o ostatni album, już to kiedyś pisałem, nie przypadł mi do gustu ze względu na teksty.

Skoro zacząłem to już dokończę, dyskografie uzupełniają: koncertówka z 2001, DVD z 2004, XXV na dwudziestopięciolecie zespołu - koncertowe DVD. Oraz HolyWood - dwa koncerty z Przystanku Woodstock plus 7 niepublikowanych do tej pory utworów.