czwartek, 17 stycznia 2013

Parę słów na nowy rok

Parę słów naskrobać na początek nowego roku. Choć już jest połowa stycznia. Skrobałem słowa, ale w innej pracy. Nic ciekawego się w muzycznym światku nie dzieje. Czekam na premiery. Już za parę dni obiecujące Cult of Luna, ponoć dobry materiał zrobili. Ciekawe czy przewyższą doskonałosć Neurosis. Z podobnych choć trochę klimatów, prog rockowych polski Riverside się zapowiedział. Mimo, że początkowo sceptyczny w końcu do mnie dotarli, a jak już dotarli to zagościli na dłużej, dobra i porządna polska kapela, która ma zdecydowanie więcej fanów za granicą kraju. Zwłaszcza tych pośród fanów Porcupine Tree.

Trzecią nowością tego roku jest Otep. Pani się w ogóle nie zapowiadała, a tu nagle płyta, Poprzednia wydana zaledwie półtorej roku temu, była dobra, ostra i emocjonalna, tak jak lubię. Teraz nie spodziewam się niczego innego, tylko hałasu i agresji od pierwszych dźwięków, z lekką nutką kobiecości, chociaż to niewymagane.

Prosto z piekła przybywa nowa płyta Helloween, dosyć to dziwne, że wydają ją w styczniu a nie 30 października jak zawsze, widocznie mieli jakąś obsuwę. Jaka płyta jest - jeszcze mi nie wiadomo, póki co widziałem teledysk. Muzycznie - mozolny i dla mnie mało ciekawy - power metal, nic nowego. Wizualnie - połączyli pogańskie święto halloween z Aztekami, czy też Majami, całość ma być nawiązaniem do niedawnego końca świata. Pomysł, jak pomysł, mnie to nie bierze przepraszam.

Z nowości końcowo-rocznych - Abney Park wydało świąteczna płytę z kolędami - no cóż ciekawostka. To już ich druga taka w dyskografii.Ale są jaja, w maju 2013 zawitają do Europy i to nie jak zwykle do Londynu, tylko aż na daleki wschód - do Niemiec. Dostali zaproszenie na Wave Gottik Treffen do Lipska, trochę ubolewam, że mnie tam nie będzie. Kapela na pewno jest wyjątkowa, może nie gra muzyki, która mnie podnieca, ale jest przyjemna dla ucha. Z chęcia bym ich zobaczył, zwłaszcza, że oni są z Kanady i ciężko jest im dupska ruszyć do Europy, ale jest jeszcze nadzieja - może Castle Party isę nimi zainteresuje, byłoby miło.

czwartek, 3 stycznia 2013

Chwała i łaska 2012

Podsumowanie roku na podstawie Top Ten każdego tygodnia. 256 wykonawców., łącznie z poprzednimi latami 481. W 2012 roku odsłuchałem około 36.000 utworów.

Kapele nienotowane w 2012: Bloodbath, notowany co rok podobnie Sweet Noise, Ozzy Osbourne, było top ten w 2010. Limp Bizkit.

Kapele notowane w 2012, ale poza top 50: Vader [ponad 1000 odtworzeń], Iron Maiden - podobnie, Apocalyptica - 164 pozycja, Metallica - 113 w sumie ponad 1000. Coma - 107. Disturbed - 84. O.n.a., Delight, Opeth. Artrosis - rok wcześniej wysoko. Stone Sour, a wydali taką porządną płytę - 61. Godsmack. Slipknot. Behemoth - kiedyś podium, a dziś 54.

Od miejsca 50: Isis - w górę. 49. Tarja - powrót po roku. 48. Hunter w górę. P.o.d. - powrót. Cocteu Twins - nowość. AC/DC - powrót, Unsun - w górę. Epica - powrót po dwóch latach. Children of Bodom - spadek.The Cuts - nowość. Three Days Grace - w górę. Abney Park - nowość. Rammstein - w dół. Gojira - nowość. The Smashing Pumkpkins - powrót i w górę. Placebo - w górę. Skunk Anansie - w górę.The Offspring - powrót. Dead Can Dance/Evanescence  -. Pierwsi wydali bardzo dobrą płytę, przez co poszli w górę i w ogóle zaistnieli w tym zestawieniu. Drudzy spadli z top ten, no ale cóż nie wydali w ubiegłym roku nic. Ale mimo to są jedną z moich ulubionych kapel. Wystarczyło mieć 273 odtworzeń by dostać się do top 30.

30. Sirenia [273] - spadek. W ubiegłym roku wydali bardzo słabą płytę, ale lubię do nich wracać. Moja ulubiona pop gotycko metalowa kapela. No i ten genialny album z 2007.

29. Desdemona [296] - w górę. Powrócili po latach. Wydali bardzo dobrą płytę, bardzo dziwną i radosną, mało gotycką, bardziej industrialną, czy tez elektroniczą, przepełnioną pozytywna energią. Jedna z lepszych polskich płyt 2012.

28. Maria Peszek [277] - Nowość! Najwyżej notowana nowość w tym roku!. Wydała brawurową i bezkompromisową płytę. Jak to pisało w wywiadach dla skurwiałych popierdoleńców i chyba w pełni się wpisuję w ten elektorat. Duża konkurencja dla Desdemony jeśli chodzi o najlepszą polska płytę ubiegłego roku.

27. System of a Dwon [278] - oczko w górę. Dziwi mnie, że tu są wszak nic nie wydaja od 2005 roku, ale lubię ich i to bardzo, stąd ta stabilizacja. Ciekawe czy gdyby coś wydali to czy mogliby powalczyć o podium?

26. Arcana [286] - w górę. Wydali bardzo fajną płytę, graja w tym samym gatunku co DCD, ale do mnie dotarli bardziej. Bardziej przemawia do mnie ich granie niż Lisy, acz w ogóle, ja i mój mainstreamowy gust, że takiej muzyki słucham to aż dziwne. Ambient jest trudno przyswajalny.

24. The Birthday Massacre [305] - w górę. Pojawiła się nowa płyta, której nawet słuchałem, ale nie powiem, żebym uklęknął, po prostu ich słuchałem i dobrze mi wtedy było.

24. Garbage [305] - w dół. W sumie dziwne. W ubiegłym roku nic, a w tym nowa płyta, ale ten nowy album poza tym, ze jest dobry to nic więcej. Nie ma tutaj hiciorów, które bym słuchał w kółko, tak jak z poprzednich płyt. 

23. Nile [313] - w góre. Bogowie death metalu powrócili i jak zwykle nie zawiedli. Dobra płyta, porządne łojenie, tak jak lubię. Zresztą, każda ich płyta taka jest, przyzwyczaili do wysokiej jakości, i juz nie dziwią.

22. Therion [318] - w górę. Głównie retrospekcja. Nowa płyta jest, ale to nie to. Poeksperymentowali za bardzo jak dla mnie, stworzyli piękną, lekką i romantyczna płytę, owszem jest piękna, ale mnie takie granie średnio bierze, bardziej się skupiałem na tym co lubię, oraz zrobiłem przegląd dyskografii.

21. Delain [326] - w górę. Powrót, z trzecim albumem. Co zaskakujące, może album się niczym nie różni od poprzednich dokonań, może jest trochę bardziej dojrzały, ale spodobał mi się nad wyraz. Nie spodziewałem się, że mogą aż tak do mnie przemówić, i to zespół, który uważałem za jakiś tam, a nie ważny dla mnie.

20. Exilia [336] - w górę. Włosi powrócili i jak zwykle łoją w swoim stylu i zasłuchałem się. Może to i piękne nie jest, może to i takie pospolite, ale fajne, dobry hałas robią, szczególnie ta zachrypnięta wokalistka.

19. Slayer [338] - w górę. Nic nie zrobili, ale spędziliśmy wspólnie święta i dobrze się bawiliśmy. Tak myślę, że właśnie stąd ta wysoka lokata.

18. My Dying Bride [355] - w górę. Jak w każdym roku były momenty radosne jak i smutne. Ilość zasłuchania w tą kapelę świadczy o poziomie smutku. A do tego można dodać bardzo smutną i juz klasyczną płytę w ich wykonaniu. Ostatnio same takie się pojawiają, chociaż przedostatniej nie przeskoczyli moim zdaniem.

17. Hetane [357] - w górę. Byłem na ich dwóch koncertach. Wysoko, gdyż przed każdym się przygotowywałem, a poza tym lubię takie chore dźwięki. Czekam na nowy album, który już w tym roku. I kto wie, może się przebija do top ten...

16. Cradle of Filth [362] - w górę. Kredki powróciły w nową płytą. Już mnie symfoniczną, duzo bardziej blakową i ciężką.i dobrze im z tym. Moze mało z tej płyty pamiętam, ale na pewno zrobiłem przegląd nimfetaminy i innych.

15. Lacuna Coil [374] - w górę. Nowa płyta, z początku roku, to im trochę pomogło. Płyta dobra, na pewno też słuchałem starszych rzeczy. Ogólnie to lubie ich posłuchać.

14. Papa Roach [420] - w górę. Komentarz jak wyżej. Doskonała muzyka jako tło. Niech się tłucze gdzieś tam cokolwiek jak coś robię na kompie. Też wydali nowy album, słuchałem go, ale nic z niego nie pamiętam. Zapewne przesłuchałem go kilkanaście razy. Nieważne. Oni swoje już zrobili. Uciekam z mordercą.

13. Tiamat [423] - w górę. Oni swoje już zrobili. Nie dało się nagrać bardziej smutne płyty niż Amanethes. Ale mimo to zrobili porządny album, który jest miło posłuchać. Zresztą jak sam wokalista mówi, oni już maja dokonania, teraz tworzą dla siebie i maja gdzieś co ktokolwiek o nich sądzi i dobrze, też tak sądzę. Oby więcej takich płyt, jak przerażeni ludzie.

12. Linki Park [426] - w górę. Jak dla mnie porażka roku. Płyta nowa w ogóle nie dotarła, to juz nie jest to LP, które kochałem będąc gimbusem. Teraz poszli w stronę Muse i krzyzyk na drogę, ja i tak słucham głównie dwóch pierwszych płyt.

11. Moonlight [451] - w górę. Rok temu mnie męczyło słuchanie wokalu Majki. A w tym zatęskniłem. Zespół, który nie istnieje, potrafi wciąż mnie zauroczyć, potrafię do niego wracać, tak isę powinno tworzyć prawdziwą muzykę. I przyznam szczerze, że jeśliby sie wskrzesili to jestem pierwszy na koncercie pod sceną.

10. Within Temptation [479] - w dół. Rok temu była podobna liczba, z tym, że na początku była jeszcze jedynka. W tym nie wydali niczego, to jest raczej echo roku ubiegłego. Ale i tak w porządnym stylu wylądowali. Właśnie teraz pojawiła się płytka z coverami, ale ona juz będzie zakwalifikowana do 2013.

9. The Gathering [489] - w górę. Powrót, piękny i wysoki. Urzekli nowym albumem. Nie spodziewałem się, że z nową wokalistką potrafią stworzyć coś tak pięknego. A poza tym, przypatrzyłem się bliżej ich dyskografii, stąd ta lokata.Poczytałem wywiady. Piękne granie.

8. Deftones [506] - w dół. Wydali płytę, po cichu liczyłem na top 3, ale dobre i top 8. Na prawdę piękna emocjonalna muzyka. Skrajnie emocjonalna, to ten zespół, którym się potrafię zachwycać, może nie w każdym momencie, ale co najmniej raz w roku muszę, po prostu muszę ich słuchać do upadłego. Kiedyś ich nie lubiłem, a teraz stali się jedną z wazniejszych kapel w moim życiu.

7. Closterkeller [523] - w dół. Rok temu był podium.Rok temu wydali płytę. W tym roku było kilka koncertów, dokładnie to aż cztery, i do każdego się musiałem przygotować, aż w końcu to mi się znudzili i przejedli. Jak będą koncerty w przyszłym roku to owszem pójde, jak będzie nowa płyta to posłucham, ale mój szał na Clsotera opadł, potrzebuje postu, z chęcia wypełnię dziurę po nich Deftones, albo Neurosis, którego mi brakuje w tym zestawieniu [115 miejsce, mimo nowej płyty].

6. Marilyn Manson [534] - w górę. Nowa płyta, na początek roku, ale i tak czuję po nim niedosyt, słuchałbym więcej i więcej. Trochę mnie to dziwi, bo wiele osób mówi, że sie wypalił, a u mnie szaleństwo.

5. Paradise Lost [555] - w górę. To jest niespodzianka. Owszem słuchałem ich. Owszem wydali nową płytę, która mi się podoba, ale nigdy by mi nie przeszło przez myśl, że oni będą otwierać pierwszą piątkę. Jeszcze nigdy nie byli w top ten. To ich najwyższa pozycja w ogóle. Ale, oby więcej takich płyt, jak ostatnia.

4. Nightwish [630] - w dół. Wydali płytę w grudniu, przez co ich odtworzenia rozłożyły się na dwa lata, rok temu było ponad 900, a w tym roku reszta. No i, mimo gorszego wyniku w tym roku, są wyżej, Te 900 dało im rok temu 5 miejsce, a w tym czwarte. Widać w tym roku jest inny rozkład odtworzeń. A co do samej płyty, to nie wiem czy ja aż tak bardzo jej słuchałem na pewno przebijałem się przez całą dyskografie i to chyba nawet ze dwa razy.

3. Moonspell [665] - w górę. Pierwszy raz tak wysoko. Wydali dwupłytówkę, a po drugie dyskografia cała raz, no i faza po jednym z koncertów, na którym puszczano ich namiętnie, przeplatając z tiamatem. Ale lubię i szanuję i bardzo lubię słuchać. To jest jeden z tych wybitnych metalowych zespołów.

2. Katatonia [805] - w górę. To chyba nikogo nie dziwi. Moja druga ukochana kapela. Powróciła po dwóch latach na pudło. Wydali płytę, bardzo ciekawą, a poza tym, zagłębiałem się w początkowe ich dokonania, i to chyba nie raz. To najwyższa lokata jaką mogli osiągnąć.

1. KoRN [1482] - w dół. To chyba nikogo nie dziwi. Od pięciu lat wciąż na pierwszym miejscu. Ulubiony zespół. W tym roku byłem wreszcie na koncercie, spełniło się moje marzenie.A poza tym - Znowu KoRN!


wtorek, 1 stycznia 2013

Nie mam marzeń

Pora na podsumowanie roku. Teraz to bardziej osobiste. Muzyczne będą w innych postach. Starałem się nie wywnętrzać w postach na blogu, ograniczę się do tego minimum.
Styczeń - Pierwszy i najbardziej zawirowany miesiąc ubiegłego roku. Wszedłem w ten rok będąc z kimś, lecz w pierwszych chwilach nowego roku wszystko się zawaliło. Sam chciałem odejść, albo zostałem odrzucony - obie wersje są prawidłowe. Ktoś znacznie wcześniejszy również dał o sobie znać, też namieszał. Pojawiła się trzecia osoba - w sumie pod koniec roku wcześniejszego, wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale pod koniec miesiąca wyszło szydło z worka.. Pamiętam również, że przez jakieś 3 tygodnie nie mogłem się zdecydować, zaaferowany dwoma osobami, czy w pewnym momencie nawet trzema. Można kochać dwie osoby jednocześnie? Można. W połowie stycznia poznałem jeszcze kogoś, ale nie brałem tego tak na prawdę serio. Dopiero jak dostałem trzeci raz po dupie, nie miałem już nic do stracenia. Dodam jeszcze, że pierwszy raz byłem na rockotece i widziałem jak cała sala metali tańczy do dubstepu.
Luty - Pierwszy wekend lutego. Wciąż miotany wewnętrznie między tym co czuję, a powinienem, czy chcę - spotkałem się z kimś. Nie wierzę w zakochanie się od pierwszego wejrzenia i tak też nie było, zakochanie przyszło "dopiero" po kilku godzinach. Spędziłem najcudowniejszy wekend tego roku, czy może nawet życia. Mimo chłodu, było wówczas minus 20 stopni. Wszystko się skończyło w poniedziałek, wróciłem do domu i płakałem. Byłem szczęśliwy - przez moment, a potem moje szczęście odjechało pociągiem. Początkowo z tym walczyłem, lecz przegrałem, zakochałem się, ujęty tą opiekuńczością, tą radością i miłością jaką zostałem obdarzony, nie umiałem z tym walczyć. Parę dni po tym, okazało się, że zostałem oszukany, znów. Czy serce potrafi znieść tyle razów? Nie wiedząc co robić, postanowiłem walczyć, głupio, przeraźliwie głupio. Spędziłem, po raz pierwszy w życiu = Walentynki, moje pierwsze znienawidzone święto. Pojechałem tam i spędziłem znów cudowne chwile. Chociaż sam pomysł jazdy daleko w nieznane - jadąc, sam o sobie myślałem - "pojebało mnie". Gdzieś w tym całym amoku była sesja na mojej uczelni, zaliczyłem wszystko w pierwszym terminie, nie wiem kiedy, ani jak.
Marzec - Pierwszy wekend, pojechałem Tam. Znów, drugi raz, tym razem oficjalnie. Znowu było cudownie. Nawet poszliśmy razem na koncert. Pozwiedzałem zupełnie obce sobie miasto, bawiłem się świetnie. W połowie marca byłem jeszcze na koncercie Closterkellera w Chorzowie, tutaj razem z kumpelą, fajnie było, picie taniego wina, jedzenie kotów w ciemnym lesie z całą ekipą. Kolejne niezapomniane przeżycie. Pod koniec miesiąca znów pojechałem tam, stęskniłem się. Mimo, że mieliśmy się widzieć w kwietniu.
Kwiecień - Ze swoim szczęściem pojechałem na koncert, oraz, żeby zobaczyć swoją kumpelę, którą znam tylko z internetu. Wyprawa początkowo była fajna, przepełniała mnie pozytywna energia i radość, mimo, że dupa porządnie mi tam zmarzła. Mój "związek" się tam posypał, źle to wspominam, znów dostałem po dupie od życia. Bez sensu, postanowiłem to zakończyć - nie wyszło. To co się działo w środku, przytłumiło mnie, także mało co już z tego wszystkiego pamiętam. Okropny wekend. Co się już działo w kwietniu nie pamiętam. Jeszcze wiem, że byłem na koncercie u siebie, ale była zła atmosfera, gdyż się z kimś pokłóciłem, obecnie mam na to wyłożone, ale wtedy było mi smutno. Najgorsze było to, że racja nie była po mojej stronie.
Maj - Wekend majowy zaczął się od tego, że to szczęście przyjechało do mnie. Ja oprowadzałem po swoim mieście, mieliśmy dla siebie tylko jeden dzień. W połowie maja nadarzyła się okazja, no i kolejny koncert, mile wspominany, że ja pojechałem tam. Fruwałem nad ziemią ze szczęścia. Juvenalia w tym roku mi nie wyszły, miała być wyprawy, brakło środków.
Czerwiec - Jedna wyprawa tam, na pół dnia. A tak to głównie sesja i uganianie się ze swoja grupą, były nawet tarcia. Śmierć w rodzinie.
Lipiec - w pierwszym tygodniu, problemy z łącznością ze szczęściem, a co dalej? Nie wiem, w zasadzie to nie pamiętam co ja wtedy robiłem. Szukałem pracy - ale nic mi z tego nie wyszło, co chwilę zaliczałem porażki.
Sierpień, przez pierwsze pół miesiąca - nic. 15 sierpnia spełniło się moje marzenie, dzięki mojej połówce, zobaczyłem na żywo po raz pierwszy miłość mojego życia i jestem za to niesamowicie wdzięczny. Później pojechałem na wakacje, niestety nie tak jak chciałem. Ale nawet mimo to było fajnie.
Wrzesień - jeśli chodzi o związek zaczęło się sypać. Ba, zaczęło się sypać moje zdrowie, dostałem porządnie po dupie, i po portfelu. Z tego nie będę się spowiadał, ale ból i tylko ból. Pod koniec września, rozstałem się, wytrzymałem jeden dzień, a potem wróciłem do tego wszystkiego.Z innych rzeczy - ślub, w sumie pierwszy na jakim byłem, no, może drugi.
Październik - początek szkoły, znów. Środki finansowe porządnie odchudzone, zaczęło być ciężko. A z pracą - nic. Chyba się do tego nie nadaję. A jeszcze 19 października wywiązała się pewna kłótnia, która znów mnie oddaliła. 6 października całkiem fajny koncert był, i to prawie za darmo.
Listopad - koncert Closterkeller - tym razem jeden, później jeszcze Hetane - epidemia szczęścia. Dwa dni później dostaję po dupie od życia, nagle się znajduje "życzliwy" i niszczy mój i tak rozpadający się związek. O dziwo, zamiast się rozpaść, wszystko się naprawia - powiedzmy. Moje szczęście do mnie przyjeżdża, cudowny dzień, nie widzieliśmy się 3 miesiące. A ja jestem rozbity. Na pół. Kocham i ...nienawidzę. Chcę odejść i zostać jednocześnie. Póki co podejmuję decyzję, że daje szansę. Ale po dwu tygodniach jadę ja - Tam. Jest słabo, może poza odkryciem fajnej knajpki z naleśnikami. Zdołowany i rozbity wracam do domu i trwam w tym stanie. Nie wiem co robić, ciągnąć to dalej, czy zakończyć? Ciągnę.
Grudzień - pracy nie znalazłem, obowiązki szkolne mi średnio idą. Święta jak zwykle w podłym nastroju. Pisanie też kiepsko idzie. A związek, hm w ostatni dzień roku była okazja na powtórzenie sylwka z roku ubiegłego, niestety w tym samym składzie. Nie byłem zainteresowany, interesuje mnie nowy skład.
Z takich wniosków jakie ten rok dla mnie przyniósł. Miałem kiedyś marzenia, dosyć konkretne. Albo powiem, chciałem być z kimś, czuć bliskość i radość z tego, myślałem, że to mi da szczęście. Moje marzenie się spełniło, przez cały rok status mojego związku to zajęty. Poświeciłem się jednej osobie, jak nigdy wcześniej. Problem pojawił się w tym momencie taki, że nie jestem szczęśliwy, mam wszystko co chciałem, a nic się nie zmieniło. Nie. Zmieniło się jedno. Wtedy miałem marzenia, byłem idealistą, jeśli chodzi o związki, teraz dostałem parę razy po dupie, jestem w związku, a marzeń już nie mam. Ziściły się, nie dając szczęścia. Sam siebie zawiodłem, sam siebie oszukałem. Nie mam już celu, nie wiem co dalej - życie chwilą? Carpe diem? Co za bezsens.
9 koncertów tego roku. 11 wyjazdów. 6 obcych lokalizacji pozamiejskich. 23 książki przeczytane. 90 płyt nowych poznanych. 36.000 odsłuchanych utworów. 100 obejrzanych filmów.

piątek, 28 grudnia 2012

Przeboje 2012 - teil 2

11.  [12] Afromental - Rock&Rollin' Love. Z ciekawości sięgnąłem po całą płytę. Nie było tam nic ciekawego, poza tym kawałkiem, który znam z jakiegoś rmf'a, przy kupowaniu ziemniaków go usłyszałem i jakoś ten fragment sobie zostawiłem na dłużej.


12. [11] Jula - Nie zatrzymasz mnie. Komentarz podobny co do Eweliny Lisowskiej. Moje Wakacje 2012. Siedziałem sam w pokoju i nie było nic innego tylko rmf maxxx. A tam w kółko albo jedna, albo druga. W końcu zacząłem je mylić. Wiem, że Jula miała też inne i większe przeboje, ale akurat wtedy był lansowany ten i ten zapadł mi w pamięć. Chociaż co do jakości to oczywiście bym dywagował.

13. [10, 4, 7] P!nk - Slut like you, Try, Blow Me. Powróciła z nową płytą, która zawojowała listy przebojów. Mnie najbardziej podoba się ten rockowy kawałek. Całą płytę przesłuchałem parę razy, ale niestety nie moja bajka, a słuchanie singli to zupełnie co innego.Te kawałki są fajne.

14. [8, 6] Katy Perry - Part of Me, Wide Awake. Pani wydala reedycję swojej drugiej płyty, najpierw jedną, a potem drugą. Kazda lansowała inny przebój.Nic dziwnego, że oby dwa załapałem, jak się jest maszynką do tworzenia hiciorów. Jak się zdetronizowało samego Mickaela Jacksona.

15. [7, 2] Maroon 5 - Payphone, One More Night. Spodziewałem się czegoś takiego jak było z Kryśką, a przede wszystkim spodziewałem się tego przeboju, ale nie dali na swója album, ona też nie dała. Niech sobie krąży osobno, a i dla nich jak i dla niech Moves like Jagger był hitem i to dużo mocniejszym niż te dwa.

16. [7] Artur Andrus - Glanki i pacyfki. Przebój z radiowej trójki. Polecony przez moją połówkę. Genialny groteskowy tekst i kabaretowy klimat utworu wywindował go u mnie wysoko.
 
17. [6] Enej - Skrzydlate ręce. Była wiosna, jakieś toptrendy, albo coś takiego, zgarnęli tam chyba nagrodę, a potem w kółko byli w rozgłośniach radiowych, lansowali singla bez płyty jeszcze i tak słabo, bo teraz płyta się chyba nie sprzedaje, a drugi singiel troszkę zawiódł. Ale co tam, ten kawałek jest ok.

18.  [5] Kelly Clarkson - Stronger. Kawałek, który chodził za mną bardzo długo, ale nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby posłuchać. W końcu słucham i się podoba. Zresztą to Kelly Clarkson, ona ma takie przeboje, które wchodzą.

19. [4] Christina Aguilera - Your Body. Chce twoje ciało dzisiejszej nocy. Piosenka gloryfikujace hedonizm, a i teledysk także. Właśnie ta płytkość mnie porwała. Nie wiem jaka jest cała płyta, jeszcze nie słuchałem. Ale wiem, że Kryśka ma problemy z utrzymanie swoich słuchaczy, i ze zwabieniem nowych, inne wokalistki ja wygryzły.

20. [3] Rihanna - Diamonds. Niewiarygodne jak szybko ona te płyty wydaje, przez było tal that talk, a tu już nowa płyta. Niestety ten singiel jest okropny, zdarzały jej się lepsze i to dużo, ale mimo to, nawet go czasem posłucham.

21. [3] iamwhoiam - in due order. Kilka razy natknąłem się na ten klip, a że kawałek z przytupem to szybko mnie opętał.

środa, 26 grudnia 2012

Przeboje 2012 - teil 1

Tak powoli i nieśmiało zabieram się do podsumowania mijającego roku. Na sam początek przeboje. Rok 2012 wypromował kilka gwiazd i kilka przebojów. Kluczem do ich ukazania będzie mój własny profil na last.fm. Ale najpierw definicja - przebojem dla mnie jest utwór, który kojarzę z radia i znam go samodzielnie jako singiel, bez całego albumu, albo też przesłuchałem cały album, ale tylko utwór singlowy zasłużył na powrót do niego. Chciałem to zrobić w jednym poście, ale nie potrafię się zdecydować i wybrać 10, wybrałem 35... i ta liczba cały czas rośnie. Więc dziś pierwszy kawałek.

1. [37] Adele - Skyfall. W tym całym miałkim popie wyróżnia się pani Adele. Nie nagrała trzeciego albumu, pojawił się tylko utwór do Bonda i przyznam, że śmiało może on konkurować z tym Garbage, albo Duran Duran.

2. [24] Gotye - Somebody That I Used to Know. Któż tego nie słuchał? Było szaleństwo na początku roku, a i do tej pory utrzymuje się na listach przebojów. Kawałek fajny i wciągał, bardzo mocno. Poza tym, dla mnie niesie za sobą skojarzenie z pewną osobą. Pewien kawałek historii tego roku.

3. [17] Gossip - Move in the Right Direction. Kolejny genialny przebój, electro rockowy. Ten niesamowity mocny głos, i skoczna chwytliwa melodia. Najlepsze, że to nie ja odkryłem ten przebój. Tylko znajomy, jadąc samochodem.

4. [16] Ewelina Lisowska - Nieodporny rozum. Wakacje 2012! Znam panią, a w zasadzie dziewczynkę, z programu telewizyjnego, brawurowo zaśpiewała Katy Perry, potem poszperałem w internecie i dowiedziałem się, że to rockowa dziewuszka, Asking Alexandria i tego typu klimaty, dobry mocny i przede wszystkim babski growl. Dziwię się, że zdecydowała się na tworzenie miałkiego popu. Mimo, że ta piosenka jest okropna, ma okropny płaski tekst, które sam Roguc by się nie powstydził, to jednak działa. Utwór słaby, ale mimo to hipnotyzuje.

5. [15] Brodka - Varsovie. Pojawił się na początku roku i przez cały rok zyskiwał popularność. Brzmi jak odrzut z Grandy, ale mimo to jest dobrym łatwo zapadającym w pamięć kawałkiem. Takim uroczym, bardzo go lubię. I powoli też zaczynam łączyć z miastem tytułowym.

6. [14] Max Jason Mai - Don't Close Your Eyes. Przebój wylansowany przez eurowizję. Mocny rockowy, metalcorowy. Fajny, i wchodzi. Mimo, że niedoceniony na tym konkursie to mnie się bardzo podoba.

7. [13] Psy - Gangam Style. Jak się to pojawiło w internecie, był szał, słuchałem w kółko, oglądałem teledysk kilka razy. Takie nic, a stało się przebojem, Jednak potencjał leży nie tylko w Europie i Stanach.

8. [12, 11, 6] Lana del Rey - Born to Die, Videos Games, Summertime Sadness. Nie zdecydowałem się na jeden utwór, tylko na trzy, wszystkie single. Pani korzysta z niszy jaką stworzyła Adele i Duffy. Bezczelnie jedzie na tym, i to się sprzedaje, czuć w tym brak szczerości, śpiewanie od niechcenia, a mimo to - bierze.

9. [12] Loreen - Euphoria. Taka niepozorna piosenka, a i wokalistka też. Zawojowała Europę. Przy kilkukrotnym przesłuchaniu rzeczywiście piosenka jest fajna.

10. [11, 6] Madonna - Girl Gone Wild, Give Me All You're Luvin'. Królowa powróciła w nowym albumem, dość przeciętnym, single również takie sobie, jedynie te dwa w jakimś tam stopniu mi się podobają.

cdn...!

niedziela, 23 grudnia 2012

Ambitny pop?

Zainspirowany konkurencyjnym blogiem, chciałem krótko się zastanowić nad zjawiskiem "ambitny pop". Najpierw sam pop - czym jest?. Muzyką, nastawioną głównie na to, by dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, pop - skrót od popularny. Dźwięki, które maja się podobać milionom. Często osiągany ten cel jest za pomocą tanich chwytów marketingowych - ergo - cycki, dużo cycków w teledyskach, bo to się sprzeda. A czym będzie ambitny pop? Zaprzeczeniem. Ambitny, moim zdaniem to nastawiony na piękno dźwięków, na piękno głosu, na tekst piosenki, na przesłanie.

Kilka gwiazd. Konkurencyjny blog wspomniał o Madonnie. Ambitne? Raczej nie. Cycki? Owszem! Mnóstwo skandali obyczajowych w początkowym stadium istnienia. Na piękno nastawione moim zdaniem dopiero na Ray of Light. Sukces Spowiedzi na podłodze? Raczej zabieg marketingowy, podobnie współpraca z Timbalandem.

Britney? Idealny przykład zabiegów państwa od zarządzania - zwłaszcza dwie pierwsze płyty. Podobną gwiazdą, moim zdaniem jest Kelly Clarkson - choć ta, ma już niesamowity głos i dobre teksty, czasami.

Lady Gaga - ta postać na wskroś kontrowersyjna. Jej piosenki miewają przesłanie, ale bywają o niczym. Są kontrowersyjne teledyski przykuwające uwagę. Jednoznaczna ocena jest trudna.

Myśląc nad ambitnym popem, mam na myśli śp. Whitney, czy może Tinę, po części trochę Mickaela. Amy? Bo ja wiem? Skandal za skandalem. Na pewno Duffy, jej niesamowity głos. Później Adele. I pani, która chciała dużo ugrać na sposobie śpiewu dwóch poprzednich - Lana del Rey, i dużo ugrała, sztuczna, fałszywa, sprzedała się w milionach. O Kryśce Agilerze, nawet chyba nie warto wspominać, doskonały głos, produkt powinien być doskonały, ale i nawet seksowne opakowanie nie pomaga się sprzedać. P!nk - lekko rockowa, też jest jakimś tam fast foodem, ale robi to z klasą, i to co robi się podoba. 

czwartek, 20 grudnia 2012

Przed koniec

Onet się zabawił i postanowił stworzyć listę płyt, które należy przesłuchać przed końcem świata. Spróbuję się wyspowiadać z moich grzechów - grzechem jest nie przesłuchać którejś płyty.

Numerek pierwszy - Bitlesi, z tą swoja najgłośniejszą płytą - nie jestem pewien czy słuchałem jej w całości, ale na pewno kilka utworów z niej, i to nie raz, jednak jak dla mnie, ta muzyka ma 50 lat i to prehistoria.

2. U2 - Achtung Baby - Najważniejsza płyta w dyskografii, nie słuchałem jej w całości, znam natomiast singla - One,

3. Nirvana - Nevermind - ten album znam w całości i słuchałem nie raz. Najważniejsza płyta Nirvany, najważniejsza płyta grungu. Końcem świata dla mnie jest słyszeć to, że Nirvana powraca - Novoselic, Grohl i ...Paul McCartney [z bitlesów].

4. David Bowie - o dziwo, słuchałem i znam, ale niekoniecznie lubię.

5. Amy Winehouse - Back to Black - dziwi mnie ta płyta na tej liście, i to jeszcze tak wysoko. Ale oczywiście znam i słuchałem. Bardziej się tu liczy głos, niż to co na płycie.

6. Rolling Stones - nie tknąłem w ogóle.

7. Andy Warhol - jw.

8. Pink Floyd - Dark Side of the Moon - znam, słuchałem, wybitny album, ale chyba jestem za młody, bo mnie nie bierze.

9.  Radiohead - OK Computer - kolejna wybitna płyta, którą bardzo dobrze znam.

10.  The Clash - London Calling - kiedyś sięgnąłem z ciekawości, jak na punk to sie deczko zawiodłem, spodziewałem się ognia, a tu było dosyć lekko, ale tytułowy kawałek bardzo lubię, no i cover w wykonaniu The Analogs, z tej właśnie płyty, mocniejszy.

11. Led Zeppelin - IV - kolejny wybitny album, chyba go nigdy nie słuchałem w całości, ale znam te najważniejsze utwory, zarówno z tej płyty, jak i z dyskografii. Ubolewam, że urodziłem ise 30 lat za późno i nie mogę być na ich koncercie.

12. Jane's Addiction - kolejny zaskok na tej liście, płyty słuchałem, ale zbytnio mnie nie ruszyła. Wiem, że jest to jedna z ważniejszych kapel rockowych, ale to 12 miejsce to troszkę za wysoko, moim zdaniem.

13. Gunsi - Apetyt na destrukcję - znam, szanuję i wielbię.

14. Eminem - Sprawy Marshalla - pana znam, znam jego największe hiciory, ale to nie moja bajka, tego albumu w całości nie słuchałem. Poza tym, też on coś wysoko...

15. R.E.M. - Automatyka dla ludzi - nie, nie znam, i nie lubię kapeli.

16. Jimi Hendrix - znam pana, słuchałem jego utworów, ale nigdy całej płyty.

17. Neil Young - Freedom - z bólem serca się przyznam, że nie znam w ogóle...

18. RHCP - Blood Sugar Sex Magic - jak już wielokrotnie pisałem Redhoci mieli większe płyty, a ta jest najbardziej nośna, ale oczywiście znam, słuchałem i lubię nawet.

19. Pearl Jam - Ten. Tak, jak najbardziej, wybitna płyta, znam i słucham dosyć często.

20. Bob Dylan - nie słuchałem.

Podsumowując - 10 płyt przesłuchanych w całości, 4 płyty - znane single, 6 nie ruszyłem w ogóle.

A teraz na szybko - czego tu brakuje? 
Czarny album Metallicy. 
Coś Coldplay. 
Coś Queen. 
Heaven and Hell - Black Sabbath.  
Highway to Hell  - AC/DC.
Hybrid Theory - Linkin Park.
Reign in Blood - Slayer
Mutter - Rammstein
Toxicity - System of a Down
Fear of the Dark - Iron Maiden
Ozzmosis - Ozzy Osbourne
Superunknown - Soundgarden
Coś Depeche Mode
Coś Motorhead
Rage Against the Machine - Rage Against the Machine 
 Coś Deep Purple
Echos, Silence, Patience, & Grace - Foo Fighters
Thriller - Mickael Jackson
Ray of Light - Madonna
Closer - Joy Division
... tak na szybko oczywiście.

piątek, 14 grudnia 2012

Czekałem tak długo

Tak kilka słów na szybko, bo chodzi za mną od jakiegoś czasu. O kapeli Soundgarden będzie. Panowie zaczęli działalność w 1984 roku, ale pierwszą płytę wydali dopiero w 1988, kiedy w zasadzie takie granie było na fali. Oczywiście muszą być ze Seattle - z kolebki takiego grania. Grunge. Jedna z ważniejszych kapel, z tego nieistniejącego gatunku, może ustępują piedestału tylko Nirvanie i być może Pearl Jam.

Tworzyli na początku lat 90., wydali pięć regularnych albumów. Pewnego dnia wokalista postanowiła zakończyć działalność. Zespół się rozpadł. A wokalista nie byle jaki - jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów - Chris Cornell. Stworzył później inną kapelę - Audioslave, zbierając ludzi z rozwiązanego Rage Against the Machine. Audioslave wydało trzy płyty i Cornell rozpoczął karierę solową. Największy solowy hicior to "You know my Name" - soundtrack do 007. Później była średnio udana współpraca z Timbalandem, dosyć mocno krytykowana przez fanów.

Jakoś rok temu, może dalej, pojawił się pomysł powrotu w oryginalnym składzie - najpierw były koncerty, potem składanka ze starymi przebojami, a teraz dostajemy nowe dzieło - szósty album - King Animal. Zestaw 13 porządnych rockowych utworów, dobre kompozycje, wpadające w ucho, bardzo radiowe. Co trochę mnie dziwi, jak przypomnę sobie pierwsze płyty, były raczej chropowate, jeśli chodzi o odbiór. Dopiero później troszkę złagodnieli. Powrócili na fali hucznych powrotów i wydali nowy album taki sam jak inne kapele - The Smashing Pumpkins, Garbage czy Skunk Anansie. Takie same, czyli porządna dawka rocka, bardzo w starym stylu, ale troszkę jakby ugrzeczniona - radiowa. Moim zdaniem brak na nowej płycie jest lekkiego szaleństwa, delikatnego eksperymentu, albo choćby próby stworzenia potężnego przeboju jak Black Hole Sun, czy Rusty Cage. Ta uwaga tyczy się wszystkich wyżej wymienionych. Natomiast do zwykłego posłuchania płyta bardzo dobra, melodyjna, singiel łatwo wpada w ucho, ale nie poniewiera, nie rzuca na kolana. W sumie dawno mnie chyba, żadna płyta nie sponiewierała. Ale gdyby się tak zastanowić, bo niedługo podsumowanie roku, duże wrażenie zrobiła na mnie Maria Peszek i Delain. Nieważne, będzie na to czas.


czwartek, 13 grudnia 2012

Najbardziej depresyjne albumy

Nie wiem czy to już publikowałem czy nie. Znalazłem w notatniku. Nie znam również daty  stworzenia tego posta. Prawdopodobnie schyłek 2008 roku


Na interii znalazłem listę płyt prezentującą najbardziej depresyjne albumy w historii rocka, między innymi byli tam Depeche Mode, Dawid Bowie i The Cure. Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić własne zestawienie, gdyż to co tam było, do mnie nie przemawia, może poza tym the cure. Tak więc zainspirowany interią zrobiłem własne top ten.

10. KoRn - Issues. Czyli najmniej depresyjna w tym zestawieniu, płyta, którą znam już prawie 10 lat od początku mnie ujęła swoim specyficznym mrocznym klimatem i głębią, strasznie jej lubiłem słuchać gdy miałem doła, energia jak z niej bije przeganiała złe myśli.

9. Type o Negative - World Coming Down. Coś z klasyku światowego TON ma pewnie zdecydowanie bardziej dołujące albumy, ale ten jakoś specjalni do mnie przemówił, bardzo go lubię.

8. Paradise Lost - Paradise Lost. Nie mogło ich zabraknąć, chociaż ten album nie należy do specjalnie ciężkich, jednakże od niego się wszystko zaczęło i jego znam na pamięć.

7. Opeth - Deliverance. Najmocniejszy i najcięższy w historii kapeli, chociaż może tam te początkowe płyty go przebijają, to jednak Deliverance został mi najdłużej w pamięci i jako pierwszy się tam wrył, odciskając piętno swoimi niesamowitymi przygnębiającymi melodiami.

6. Katatonia - Tonight's Decision. Co do przygnębiających melodii, to ta kapela nie ma sobie równych, doskonale łączy metal i ciężkie powolne walcowate brzmienia.

5. My Dying Bride - Turn Loose the Swans. Przygnębiająco, ale tym razem z rozpaczliwym dźwiękiem skrzypiec, rozcinającym wszystkie przejawy nadziei, jest po prostu smutno i pięknie.

4. Katatonia - Last Fair Gone Deal Down. Druga Katatonia, album który ujął mnie melodiami, przygnębiającymi dźwiękami i smutkiem, połączonym z dość specyficzną motoryką.

3. Tiamat - Amanethes. Najmłodsza płyta w zestawieniu. gdy myślałem, że już nigdy nie wyjdzie nic godnego poziomu katatonii, pojawiła się ta płyta, może i trochę kopiują, może nie wnoszą świeżego powiewu do mrocznych katakumb smutku, ale jest w nich coś specyficznego, co przyciągnęło moją uwagę na dłuższy czas, a to się rzadko zdarza.



2. Katatonia - Viva Emptiness. Najdelikatniejsza i najbardziej rockowa. Okazuje się, że żeby być smutnym i przygnębiającym nie potrzebna jest ściana gitar, czy niemożliwie szybka perkusja, można inaczej budować klimat, a tutaj jest aż duszno od rozpaczy.


1. My Dying Bride -  Songs of Darkness, Words of Light. Jeśli chodzi o rozpacz to tutaj moim zdaniem jest jej najwięcej, najsmutniejsza, przy tym najcięższa i najbardziej depresyjna płyta moim zdaniem, uwielbiam ją. Znam całą na pamięć.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Z lat 80.

Coś rzadko piszę, coś nie mam natchnienia, ale teraz mną tchnęło. Zobaczyłem kilka filmików na youtubie, ripy z TVP kultura dotyczące lat osiemdziesiątych i szału muzycznego jaki wówczas był. Zainteresował mnie dokument odnośnie muzyki gotyckiej. Specyficzne jest tło tego wszystkiego. Koniec lat 70. - punk powoli się wypala, hipisi też powoli się nudzą. Świat staje w obliczu wyścigu zbrojeń, wszystkie idee marksistowskie się wypaliły. Taki dekadentyzm w sumie, nie ma co robić, w powietrzu wisi wojna, Odpowiedzią na te smutne czasu jest ekstremalna muzyka, również smutna. Tworzona poprzez powtarzanie pojedynczych dźwięków, tak rodzi się industrial - obecnie byłaby to elektronika, muzyka czysto komputerowa, lecz wtedy komputerów nie było.

Powstał bardzo zimny gatunek zwany industrialem, tuż za nim, na gruzach punku powstał monotonny gotyk, czy początkowo zimna fala. Pionierami byli Joy Division, później The Cure, gatunek się rozwijał, narodziły się Siouxie i inne podobne. W Polsce chyba jako jedynymi najgłośniejszymi propagatorami takich dźwięków była Republika, z mniej znanych Made in Poland. Dopiero pod koniec lat 80. powstał Closterkeller.

Ciekawostką jest również black metal, który powstał w tamtym czasie, kolebka okazuje się Szwajcaria z Celtic Frost, jak sam wokalista wspomniał odnalazł najmocniejszy zespół tamtych czasów - Motorhead i nim się inspirowali tworząc coś zupełnie nowego i niezwykłego.  Zaraz za nimi jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać Venom, Bathory, Hellhammer, Emperor. Na fali popularności black metalu zostały powołane Paradise Lost, Tiamat, Katatonia, które jednak później poszły zupełnie inną drogą. Podobnie gotyk, który połączył się z metalem w latach 90.

Tak mnie wzięło. Podobnie jest opisana historia synthpopu, takich kapel jak New Order, albo Depeche Mode. Ten DM to mimo, iż jest taki dosyć mocno alternatywny, to brzmi strasznie popowo, i trzyma się na scenie chyba ze 30 lat. Taki oksymoron wychodzi, ale tak w rzeczywistości jest, początkowo tworzyli muzykę niszowo, a że osiągnęli popularność, to stali się mainstreamem.


niedziela, 2 grudnia 2012

Królestwo

Kiedyś byłem wielkim fanem Huntera. Medeis to w zasadzie jedna z pierwszych metalowych płyt, jakie słuchałem. Mniej więcej w tym czasie była dyskografia Metallicy, trochę Kata, album Iron Maiden, więcej z metalu w tym czasie nie pamiętam.Także, jak dla mnie same początki. Stąd sentyment do tamtego albumu, który obecnie wydaje mi się być idealnym. O płycie Requiem usłyszałem dużo później i jak się przyznam, nie słuchałem jej za dużo. W 2005 wydali T.E.L.I..., a rok później chyba jej wersję angielską. To również moja ulubiona płyta. Następny był HellWood, który mnie odrzucił ze względu na teksty. Tak teraz myślę, że ja to wszystko już chyba pisałem, w wakacje, przy okazji koncertu. Może, nieważne.

Podczas wspomnianego koncertu Hunter zaprezentował nowy utwór Dwie Siekiery, który miał zapowiadać najnowsze dzieło. Jakieś dwa tygodnie temu światło dzienne ujrzał piąty album Huntera - Królestwo. Przyznam, że z lekkim ociąganiem się po niego sięgnąłem. Mając w myślach Labirynt Fauna, który mnie porażał tekstami. Teraz byłem na to gotowy, i w sumie dobrze, bo momentami te teksty się ocierają o kicz. To tylko moje zdanie, ale mnie one gryzą w uszy, nie wszystkie, ale są momenty. Utwory zapadają w pamięć, od początku są dosyć hałaśliwe i agresywne, a nawet patetyczne - dzięki Jelonkowi, który daje popis w Dwu Siekierach. Moją uwagę przykuł Samael, pieśń ku chwale upadłego anioła, opętanego bezwzględnością - takie ja mam teraz odwołanie do treści sagi Kossakowskiej o aniołach. Ojciec Asmodeusza, anarachista, on miał nakłonić Lucyfera do buntu. Następny jest trochę łagodniejszy Inni, i tu też czuje odniesienie do tego filmu z Nicole Kidman, nawet tekst można by podciągnąć, a jak jest na prawdę, nie wiem. Jak kiedyś dojdę do jakiś wywiadów to się dowiem. Cała płyta kończy się bardzo patetyczna odą O Wolności.

Hunter wydał bardzo porządny, mocny, metalowy album. Do fanów z pewnością trafi, czy do innych, to się zobaczy. Na pewno jest to petarda koncertowa. Jest przy czym poszaleć. Jednak ja wciąż będę się czepiał tych kilku linijek choćby w Sztandarze, albo w Kostianie, które bija po uszach. Może Hunter nie powraca w pełni swoich sił, ale pokazuje, że wciąż potrafi tworzyć mocne kompozycje.


"Życie płynie w nas
Tylko chwilę
Sam wybierasz łódź, którą płyniesz
Ciemność zmienia w blask
Da nam siłę
Zanim minie czas
Godnie dożyć lat
Tak zadziwić świat"

środa, 31 października 2012

Jeśli mógłbym latać

Jedno z moich ulubionych świąt. Święto Zmarłych. Jedyne święto na którym spotkania w gronie rodzinnym odbywają wyłącznie z tymi martwymi członkami familii. Jakoś ostatnio podoba mi się takie podejście do sprawy. Ale nie o tym chciałem. Dziś jest wigilia święta Wszystkich Świętych - All Hallows Eve - jak to głosi tytuł utworu Type O Negative, a także ukochane święto amerykańskie - Halloween.

Idei tego święta chyba nie trzeba przytaczać. Jako, że społeczeństwo europejskie podlega procesowi amerykanizacji, to nasiąkamy od nich wszystkim co mają. A to co nam prezentują jest niekoniecznie pierwszej świeżości. Halloween to zabawa w przebieranki, zabawa z duchami. Swoją drogą bardzo klimatyczne i [sic!] gotyckie święto. Pewnie przez wielu wyznawców Tarji czy Sharon będzie celebrowane. Ale, że Polska to Polska, zadeklarowanie chrześcijanie mają zamiar olać to święto. Ba, zadeklarowani ateiści mają zamiar olać to święto. Inne kulty mogę się domyślać, że także. Święto pogańskie, ale poganie pewnie także. Święto jest amerykańskie, i polskość ich chyba nigdy nie zaakceptuje, i to chyba główny powód.

Ja, nie odprawiam ani Dziadów, ani Halloween, mam swoją tradycję, która utarła się chyba jakoś 6 lat temu, może wcześniej, już nie pamiętam. W dzień kiedy tamci obchodzą Halloween, ja świętuję Helloween. Jako iż nie przepadam za heavy metalem, ani power metalem, ale jednak je czasem dopuszczam, to właśnie idealny moment. Cały jeden dzień w roku z klasyką gatunku, bez żadnych zboczeń w stronę popu, mroku, czy innych podgatunków. Czyste łojenie, czysty donośny wokal, patetyczne utwory, ku czci bohaterów, smoków, rycerzy i artefaktów.

W 2010 roku pojawiła się ich ostatnia płyta w Halloween, a tytuł jej - Siedmiu Grzeszników. O dziwo bardzo dobrze się przyjęła. Rok później był the best of, potem epka, a w tym roku kolejna epka, czy raczej singielek. Jak dla mnie klasycznie, to samo/ W przyszłym roku ma się pojawić nowy album. A ja słucham sobie obecnie pełnych albumów, staram się mieszać, nie chronologicznie.


sobota, 27 października 2012

Mapa wszystkich naszych porażek

Po trzech latach powróciła Moja Umierająca Panna Młoda z nowym materiałem - Mapa wszystkich naszych porażek. Jak sugeruje tytuł płyta jest smutna. Jak sugeruje nazwa zespołu - doom metal.

My Dying Bride powstało w Anglii w 1990 roku, początkowo wpisywali się w cały ówczesny nurt około black metalowy. Podobnie jak i inne kapele z tego okresu. Dopiero druga płyta złagodziła ich brzmienie. Do zwykłego black metalu dodali przede wszystkim klawisze i skrzypce i spowolnili brzmienie. Tak narodził się nowy gatunek, którego są ojcami. Obok Anathemy i Paradise Lost tworzą Trójce Smutasów z Wysp Brytyjskich. Są uznawani za prekursorów gatunku - doom metal. O ile dwie wcześniej wymienione zrobiły co innego. Paradise Lost gra dosyć podobnie, lecz gitary są jakby trochę bardziej thrashowe, stworzyli gatunek o nazwie gothic metal. A Anathema poszli w stronę atmosferycznego grania - męski odpowiednik The Gathering.

My Dying Bride stworzył swój własny gatunek i twardo się go trzyma. Czasem było lepiej, czasem było gorzej, bywały eksperymenty, moim zdaniem całkiem udane, lecz wszystko zawsze mieściło się w doomie. Pamiętam, że zachwycałem się poprzednią płytą, gdyż dźwiękowo była bardzo wypieszczona i dźwięki nie nudziły. W walcowatym brzmieniu to poważny zarzut. Dla kłamstw, które stwarzam okazało się dla mnie bardzo dobrą płytą. Chociaż, zawsze to będę powtarzał, ideałem dla mnie jest ta, którą pierwszą poznałem - Pieśni Mroku. Słowa Światła. Dobrze też sobie radziła Linia nieumarłych królów, ale i tak daleko jej było do Anioła i Czarnej Rzeki.

Nowa płyta przede wszystkim nie zaskakuje. MDB potwierdza, że jest dla doom metalu tym, czym Iron Maiden jest dla heavy metalu. Podają znów ten sam rodzaj smutku, tę samą rozpacz, podobne - nowe melodie, rozwalcowane na dziesięć minut. To jest, myślę, w nich najpiękniejsze. Potrafią zachwycać, znów, operują wokół jednego bardzo szerokiego pola. To czego mi brakuje na nowym dziele, to utworu, który by zwrócił na siebie swoją uwagę [aingla?] i może trochę zaskoczenia. Tak jak przy poprzedniej płycie, która zaskoczyła powrotem do korzeni, tutaj jest mniej skrzypiec, a to one dodają pewnego rodzaju klimatu. Ale mimo to album jest bardzo porządny.I klasyczny.


sobota, 13 października 2012

Wybierz w śmierci

Pod koniec października na półki sklepowe trafi kolejne wydawnictwo spod marki HIM. Jednak nie będzie to premierowy materiał. Coś w rodzaju The best of. Na krążku znajduje się jeden nowy utwór, taki spod znaku unreleased. Reszta to po prostu zbiór najważniejszych utworów rzucony w kolejności bardzo przypadkowej. Nie wiem kto okładał tą tracklistę, ale jest chaotyczna.

Zespołu HIM nie znam prawie w ogóle wcale. Wiem, że istnieje i wiem co grają, ale nigdy mnie to w żaden sposób nie pociągało. Dlatego ta płytka jest w sam raz dla mnie. Taki niby podsumowanie dwóch dekad. Jeśli chodzi o ich dyskografie to jest ona tak skomplikowana, że nie umiem się w tym połapać, najpierw płyta, potem jej reedycja, potem jakiś zbiór utworów, w końcu reedycja w innym kraju, potem znów jakiś the best, potem kompilacja, w końcu nowa płyta i tak w kółko. W przyszłym roku ma wyjść ósmy studyjny album. Kompilacja o której mówię to ósma ich składanka. Cztery epki, trzy koncertówki, prawie trzydzieści singli i na pewno kilka bootlegów i płyt z rarami.

Pojawia się teraz kilka utworów, które dobrze kojarzę. The Kiss of Dawn - nie wiem w zasadzie skąd ten utwór, ale znam go bardzo dobrze. Heartkiller - swojego czasu mocno promowany w esce rock i zapadł mi w pamięć, coś w okolicy, któryś świąt był puszczany. Wicked Game - szlagierowy cover. Poison Girl - to pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, podobnie Join me in Death, do tej pory nie wiem czym się ten kawałek różni od Join me. Wings of Butterfly - czasy licealne, teledysk był na niemieckiej vivie, z takim wieżowcem i oni grali na jego szczycie, fajna piosenka. Pretending, Gone with the Sin - znów dwa starocie, które o dziwo znam. Killing Loneliness - kolejny znajomy przebój. Tyle tego.

Za kapelą specjalnie nie przepadałem, graja jak dla mnie przeważnie pościelówy, takie niby dla bab, zwłaszcza z tym urodziwym wokalistą, który wcale mi się nie podoba. To mnie jakoś odpychało, niech se nastolaty za nim piszczą. Eh i dopiero teraz zacząłem ich słuchać, od tych kilku utworów. Jak dla mnie ciekawostka. Acz płytę polecam, dla takich jak ja, którzy nie znają Jego Piekielnej Wysokości....


niedziela, 7 października 2012

Cięcia na żywo

Był wczoraj koncert. Byłem na nim, z moją ulubienicą , której na następnym koncercie zabiorę telefon. O całej imprezie dowiedziałem się dwa tygodnie wcześniej - przez przypadek. Słuchałem zespołu, wszedłem na ich stronę i o - nowa płyta, potem o - trasa koncertowa. Dzień wcześniej zakupiliśmy bilety.

Na miejscu byliśmy pół godziny przed rozpoczęciem - o 19:30. Jedno piwo. Drugie piwo. Cały czas słychać jak DJ męczy konsoletę, logo zespołu kręci się na rzutniku, ale koncertu nie ma. Gdzieś koło 21:30 usłyszeliśmy z sali, że zapraszają na koncert. Zajęliśmy strategiczne miejsca. Ludzi było na tyle dużo, że usiedliśmy sobie wygodnie na podłodze pod ścianą. Wszedł pierwszy support. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na scenie pojawiło się dwóch panów. Jeden stanął za mikrofonem, a drugi za... laptopem. Cała muzyka szła z laptopa, a jeszcze ten wokal był przepuszczony przez ten automat, nie dało się ocenić czy wokalista rzeczywiście ma głos, czy nie. Wokal był aż tak zmieniony. Zespół się nazywał Black Tower. Co grali to już chyba nie trzeba mówić, elektronikę, darkwave. Nie jestem fanem takich rozwiązań, wolę, żywe instrumenty. Teksty, piosenek mimo, że ciężkie i smutne, wydały się dosyć proste, więcej nie napiszę. Ostatecznie mimo, że to tworzyło taką niezbyt zachęcającą aurę, to mnie się podobało. Na parkiecie bawiło się osiem osób - z czego dwie laski tańczyły, a reszta siedziała i słuchała. Skończyli grać jakoś koło 22. Potem pół godziny przerwy, również na podłodze.

Właściwa gwiazda wieczoru pojawiła się dopiero przed 23. Od razu mieli problemy techniczne, gitarzysta się nie słyszał i grał chyba na ślepo, albo z pamięci. Zaczęli utworami z nowej płyty. nie wiem ile ich było, ale prawie cała płyta. Dla mnie niestety nie znane.Na pewno był singlowy Pamiętam, potem był Stereo i zrobiony na karaoke Nie kocham cię już. Ze znanych mi utworów, dopiero gdzieś w połowie pojawiły się: Ty i ja, 36,6, Bukiet w kolorze krwi, moja ulubiona Anastazja, To nie ja, Tik tak, EL 44 V2, Za Zamkniętymi drzwiami, Telefon, Internetowy troll. Na pierwszy bis Pokój na jedną noc i Smutna dziewczyna a potem jeszcze Kochać Cię chcę. Cała zabawa się skończyła po północy. Koncert bardzo udany, było około 30 osób. Parę osób tańczyło, reszta słuchała.

Co do samej gwiazdy wieczoru, już to pisałem w poście sierpniowym. Wydali trzy płyty, teraz najnowszą. Graja alternatywnego rocka, coś w okolicy the Killers, Muse, Gitara, bas, klawisze. Perkusji nie ma, idzie z automatu, albo z laptopa. Fajny, młody, polski zespół. Chociaż może wokalista lekko zestresowany, nie jest takim zwierzem scenicznym, no i ten kontakt z publicznością, zagrali utwory kropka w kropkę jak na płytach, nic nie przedłużyli, żadnego śpiewania z publiką.A piosenki mają trzyminutowe, dwie zwrotki, dwa razy refren, jakaś solówka na gitarze i tyle. Ale hm, ogólnie jestem zadowolony.

piątek, 5 października 2012

Holy shit

Tym razem Polska. Polska wokalistka. Maria Peszek wydała swoją trzecia płytę. Maria gra w zasadzie pop, alternatywę, albo można to też nazwać poezją śpiewana, gdyż największy nacisk w jej twórczość jest zdecydowanie na teksty. Plus wokal, ekspresja wokalna, bo w sumie pani jest aktorką, a także córka słynnego aktora.

Jak tak przyglądałem się jej dyskografii, to pierwsza płyta wydaje się taka nieśmiała, delikatna, bardziej tekstowa. Mniej melodii, mniej prowokacji, taki eksperyment, czy to się w zasadzie uda. Udało się. Choć oczywiście kontrowersje były - Pieprzę cię miasto i Nie mam czasu na seks. Obydwa single były wysoko na liście trójki.

Druga płyta zdecydowanie odważniejsza, również w znaczeniu tekstowym, atakująca moralność. Dużo w niej erotyzmu, czy może bardziej brutalnie seksu, z pewnością wiele osób uznało ja za obrazoburczą pornografię, bo taka w sumie jest. Prowokacyjna. Prowokuje seksem. Okazała się sukcesem.

Najnowsza płyta musiała być inna, i jest. Nowa płyta jest przede wszystkim smutna. Znów prowokuje, znów jest seks, znów są mocne dosadne teksty. Sam tytuł prowokuje Jezus Maria Peszek, są to też słowa utworu Nie ogarniam, który już mi zdążył wejść do głowy. Wyścigówka ma mocny punkowy refren, choć tekst zdecydowanie depresyjny. Utwór dedykowany tragicznie zmarłej Amy Winehouse, choć nie jest to oda pochwalna najsmutniejsza dziewczyna na świecie, za kreska, kreska. Żwir trochę śmierdzi Chylińską, ale również smutne - w smutek opakowana, leżę na dnie. Na wykopie punkowym jest Sorry Polsko, gdzie Maria mówi co na prawdę myśli o swoim kraju, że nie oddałaby Polsce ani jednej kropli krwi. Kolejny mój ulubiony, parafraza psalmu 23, który tłumaczył Kochanowski, czy Miłosz. Maria to parafrazuje na swój ateistyczny i przeczący sposób. Wychodzi z tego taki hymn antyreligijny, jeden z moich ulubionych utworów na tej płycie. Pibloktoq enigmatyczny tytuł, początek delikatny, rozwija się dopiero w połowie, tekst również smutny. Padam wreszcie coś w miarę optymistycznego, no i singiel. Nie wiem czy chcę kolejny anty-hymn, tym razem zaprzeczenie macierzyństwa, którego Maria się wypiera. Szara flaga - "męczy mnie Polska, wisi mi krzyż" - chyba komentarz nie jest potrzebny. A na koniec ballada, klawisze i głos.

Jak dla mnie bardzo dobry, porządny album, bardzo mi się spodobał i urzekł. Chyba najbardziej z całej dyskografii, aż chce i się powiedzieć że dojrzały. Chociaż bardziej pasuje powiedzieć, że to płyta kobiety, która przeszła depresje i jest wściekła i zmotywowana.


czwartek, 4 października 2012

Normalność nie jest normą

Przyjechałem dziś z Sophi wieczorem
Ona żyje w powietrzu w powietrzu, którym oddycham
Nie potrafię tego wyrzucić z moich myśli
Jak to zostałaś pozostawiona by się wykrwawić
Czy to przez to jak byłaś ubrana?
Czy może przez Twoje zachowanie?
Nie mogę uwierzyć
Jak można było postąpić tak okrutnie
Bez żalu
Dobrze, my nie zapomnimy!

My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Tak proste jak powietrze w płucach
Tak proste jak słowa na ustach
I nikt nie powinien ci tego zabierać
Teraz z podniesionym czołem
Zadbamy
Zaopiekujemy się
I nie pozwolimy im nas zgnębić
Albo odepchnąć
Gdyż jesteśmy inni
 
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Jesteśmy outsiderami
Ale nie możesz nas schować
My jesteśmy inni
Jesteśmy wyrzutkami
Nie jesteś pozostawiona sama sobie
Jeśli się czujesz udręczona
Rozdarta i oszukana
Nie jesteś sama
My jesteśmy inni

Normalność nie jest normą
To tylko uniform
My jesteśmy inni
Zapomnij o normach
 Jesteśmy outsiderami
Zdejmij swój uniform
 My jesteśmy inni
My wszyscy jesteśmy piękni
My jesteśmy inni


 tytuł oryginału: We are the Others
tekst: Delain
album: We are the Others
tłumaczenie: Dying Angel

Jesteśmy inni

Trzeci album wydał holenderski Delain. Zespół powstał w 2002 roku z inicjatywy byłego klawiszowca Within Temptation. Od tamtej pory wydał demo i dwa pełne albumy. Jako wokalistka w 2005 pojawiła się czerwonowłosa Charlotte. Pierwszy album ukazał się w 2006 roku i nazywał się Luicidy. Drugi - April Rain ujrzał światło dzienne w 2009 roku. Na swoje płyty często zapraszają gości. Gościnnie pojawiła się Sharon den Adel, jak również Marco z Nightwish. Właśnie to był chyba napęd dla tego zespołu, Gdyby nie goscie to nikomu by się nie chciało sięgnąć po te płyty. A tak parę osób sięgło i poleciło znajomym, a dziś wspólnie tworzą nową markę. Gdyż markę zespół ma wyrobioną.

Delain gra, tak samo jak macierzysta kapela, symfoniczny metal, czy też gotycki metal. Nie ma tutaj przesadnych orkiestracji, ale jest operowy śpiew wokalistki, są klawisze, które nadają rozmachu. A cała reszta to dobry poczciwy rock, celowo nie nazywam tego metalem, gdyż zespół powoli odnajduje swoją drogę.

Na samym początku grali jak WT. Mocno, słodko, patetycznie, Coś pod The Silent Force. Później wydali swoją drugą płytę, która jednak nie przeskoczyła debiutu, stanęła gdzieś w jej cieniu. Najnowsze WT gdzieś się zagubiło po drodze serwując więcej elektroniki, więcej rocka, mniej mrocznego metalu, a przypomnę, że rozpoczynali grając doom metal. Delain poszedł tą samą drogą. Nowy album jest bardziej rockowy, jednocześnie lżejszy, ale przez to bardziej nowoczesny i przystępniejszy. Chyba się powstrzymam przed stwierdzeniem, że przebojowy, ale jednak coś w tym jest. Mnie urzekł. Nie powalił na kolana, ale jedynie urzekł. Płyta, jak jej poprzedniczki jest bardziej piosenkowa.

Należy wspomnieć o tekstach, które w tym przypadku skupiły wokół jednego tematu - równości. Całość jest dedykowana Sophie Lancaster, dziewczyna była w moim wieku, została zamordowana. Za co? Za to, że była sobą. Była gotką. Oprócz niej zginął również jej chłopak - pobity na śmierć. Całość tekstów jest niesamowicie pozytywna i dająca siłę, skupiająca się na tolerancji wobec obcych, innych. Taki jest również teledysk do We are the Others, w którym pokazani są obok siebie, gruby, wegetarianka, osoba nieśmiała, cierpiacy na zespół Aspergera, lesba, jąkała i parę innych. W teledysku jest również małżeństwo den Adel. Jak dla mnie klip roku, i piosenka.


środa, 3 października 2012

Jak i ty

Po czterech latach z nowym albumem powróciła pani P!nk. To już szósty w dorobku gwiazdy. Gwiazda to chyba najlepsze określenie osoby wokalistki. Chociaż mimo iż ma ona kilka utworów w światowym kanonie, mimo, że jest młoda, piękna i seksowna, to nie epatuje swoją osobą, tak jak to robią inne gwiazdy. A śpiewa muzykę typowo rozrywkową. To mi się w niej podoba. Nie prowokuje na siłę, nie robi skandali, nie jest o niej głośno. Natomiast jej utworu królują mimo to na listach przebojów.

Z tego co wyczytałem pochodzi z rozbitej rodziny, trafiła na ulicę i muzyka ja z tej ulicy wyciągła. Początkowo jej wizerunek był takiej młodej gniewnej, ale dużo mniej słodszy niż Avril Lavigne. Później stawała się coraz bardziej kobieca, ona jak i jej muzyka, jednak coś z tego buntu w niej zostało do dziś, choć już nie jest taka nastoletnia. Prywatnie żona perkusisty Sum 41, obecnie dzieciata.

Na nowej płycie nie ma rewolucji. Wciąż jest to bardzo piosenkowy pop z lekkim rockowym pazurem, i tak mniej więcej można określić jej styl. Gra pop, ale na rockowo, w okolicy wspomnianej Avril, czy Kelly Clarkson. Z The Truth about Love  zdążyła już wydać dwa single Blow me, oraz Try. Moją uwagę z całej tej płyty przykuł Slut like you, mocny rockowy kawałek z wykopem i tekstem, chociaż tekst jest moim zdaniem o niczym, ale czy to ważne. Ogólnie płyta mi się podoba, chociaż to nie są moje tereny muzyczne, ale czasem trzeba też czegoś lżejszego posłuchać. Taki lekki rock jest w sam raz.

poniedziałek, 1 października 2012

Czarny korek

Niedawno miała miejsce premiera najnowszej płyty zespołu Skunk Anansie". Jako szczęśliwy posiadacz tego albumu, chciałem opisać swoje wrażenia. Zespół powrócił równo po dwóch latach. Poprzedni Wonderlustre był pełen przebojów, utworów, które dosyć długo się mnie trzymały. Co do starszej dyskografii to nie jestem specjalnie w temacie. Zespół powstało jakoś w latach 90. i jest spuścizną całego ruchu grunge. Wydali wówczas trzy bardzo dobre albumy. Słuchałem ich, ale jakoś bez przekonania. Ze starszych dokonań znam tylko the best of, a z niego mój ulubiony jest Because of You.Dosc mocno lansowany w esce rock.

Skunk Anansie gra bardzo przystępne, a przy tym bardzo melodyjne utworu. To jest ich siłą napędową - melodie i łatwość wpadania w ucho. Przy tym trochę rocka, choć nie ma jakiegoś tam łojenia, jest porządne granie. Graja rock, alternatywny rock, pop-rock - różnie to można nazywać. Znakiem szczególnym jest emocjonalny wokal i specyficzna barwa pani Skin, która jak potrzeba potrafi się wydrzeć, a jak potrzeba śpiewa delikatnie. Zresztą któż nie zna tej łysiny - kolejny element rozpoznawczy, ostra laska na wokalu, która nie do końca wygląda jak laska.

Niedawno byli w Polsce, promowali swoją najnowszą płytę. Jak do tej przesłuchałem jej kilka razy. Jak na razie bardziej podoba mi się poprzedniczka, więcej melodii złapałem. Tutaj produkt jest niby taki sam, tylko ta piosenkowość wydaje mi się jakby trochę mniejsza i uboższa. Ale i tak jest to jedna z lepszych produkcji tego roku. Zachwytu nie ma, na kolanach nie klęczę, ale jest porządnie. Najciekawsze momenty - Sad, sad, sad, Spit You Out, I Belive in You - czyli single, chociaż jest to taka płyta, że wszystkie utwory mogą być singlami. Płyta ląduje klimatem nieopodal Garbage, którzy również zachwycą koncertem i również uraczyli świat swoim piątym albumem.


niedziela, 26 sierpnia 2012

Zdobyć wszystko z 2011 roku

Wydarzenie w Polsce
Clsoterkeller
[najlepsza kapela koncertowa ubiegłego roku]


 Polska
Artrosis
[zdecydowanie triumfalny powrót po latach]


Europa Zachodnia
Silent Scream of Godless Elegy
[nagle na mapie pojawiły się Czechy i namieszały]


Skandynawia
Children of Bodom
[zdecydowanie najlepszy album z północy]


Stany Zjednoczone
Evanescence
[bardzo udany powrót do formy]


Death Metal
Decapitated
[Polska lansuje nową gwiazdę]


Symphonic
My Dying Bride
[najlepsza instrumentalna i symfoniczna płyta]


Gothic Metal
Stream of Passion
[ten niezapomniany głos i klimat jaki oni tworzą]


New-metal
Otep
[na ostro, odkopują to co zapomniane, niesamowity emocjonalny wokal]


Alternative Rock
Rise Against
[połączenie rocka, nu i troszkę emo, choć głównie punk, wysoka jakość]


Rock
Seether
[wreszcie się do panów przekonałem]


Depressive sound
Tomek Beksiński
[najsmutniejsza płyta ubiegłego roku]


 Moje odkrycie roku
Noctura
[pochodzą z Francji i grają tak jak to lubię]


Nadzieja na rok przyszły
Hetane
[zapowiedzieli płytę, czekam...]


Najlepszy wokal
Foo Fighters - Dave Grohl
[najmocniejszy głos ubiegłego roku, dodatkowo podany na doskonałej płycie]


Płyta Roku
KoRn The Path of Totality
[powrót i zaskoczenie, w wielkim stylu, wreszcie mnie opanowali]


Zespół roku
Within Temptation


[bezlitosny album męczony przez cały rok, zasłużona statuetka]

sobota, 25 sierpnia 2012

Jaki rodzaj głupca

Nie widzę drewna tych wszystkich drzew
Nie słyszę tego szeptu wiatru
Głos w twojej głowie... jesteś jak to się mówi
Więc co można zrobic by go usłyszeć?

Jaki rodzaj głupca
określa tych, którzy porzucają kosztowności
Jaki rodzaj głupca
zostawia skarb by zjadła go rdza deszczu
A potem będą go znów potrzebowali, gdy niebo się wyczyści
Jaki rodzaj głupca
nie szuka klejnotów
by oczyścić je z pyłu?
Głupcy tacy jak my...

Głupcy, którzy chcą więcej niż mieli
Chcący zobaczyć najjaśniejszy świt
Sięgnąć gwiazd, bo są słodsze niż
księżyc, mimo, że jaśniejszy
i bliżej do ciebie...



tytuł oryginału: What kind of Fool
tekst: All About Eve
album: All About Eve
tłumaczenie: Dying Angel

Z dedykacją dla Utraconego...




Wszystkowidzący

Dynie powróciły po latach z kolejną płytą. Z oryginalnego składu pozostał jedynie Billy Corgan, reszta zespołu gdzieś zniknęła po drodze. To właśnie Billy jest odpowiedzialny za stworzenie tego materiału. The Smashing Pumpkins powstało w 1988 roku, w Seattle. Właśnie przez ten fakt są często zaliczani do nurtu grunge - kolebki gatunku.

Moim zdaniem zespół raczej nie gra gruge, gra swoja specyficzną odmianę alternatywnego rocka. Specyficzną, lekko depresyjną, trzymającą klimat i oczywiście pewien poziom. Jest ta muzyka lekko przesiąknięta nutą gotyku, jest w tym jakaś głębia i nostalgia.

Swoją pierwszą płytę wydali w 1991, która raczej nie podbiła list przebojów. Następna dwa lata później była Siamese Dream, z przebojem Today. Trzecia płyta moim zdaniem przynosi największe przeboje - mój ulubiony Bullet with the Butterfly Wings, 1979, Tonight, Tonight. Następnie wyszła Adore, a potem jeszcze w 2000 dwupłytówka. Tutaj kariera jakby się skończyła, dopiero w 2007 roku powrócili ze świeżym materiałem - Zeitgeist. W 2012 wydają Oceanię.

Najnowsza płyta nie przynosi rozczarowania ani wstydu zespołowi. Jest to zbiór bardzo dobrych utworów, bardzo dobrych, choć największa uwagę przykuwają te pierwsze, do piątego numeru. Są bardzo dobre, lecz na tej płycie nie ma przebojów. Album nie wchodzi od razu, wymaga trochę czasu i kilku przesłuchań więcej. Dynie powróciły w dobry stylu, choć to już nie jest ten sam zespół co dwadzieścia lat temu.


piątek, 24 sierpnia 2012

Narodziny złego

Kolejny wielki powrót tego roku - Marilyn Manson. W maju ukazała się ósma studyjna płyta jego zespołu. Ósma nie licząc płyty z coverami. Zespół powstał w 1989 roku, początkowo dzięki inicjatywie Red Hot Chilli Peppers i właśnie w stronę tego zespołu jest zwrócony debiut Mansona. Debiut niczego dobrego nie przyniósł. Dopiero płyta z coverami, a z niej Sweet Dreams zespołu Eurythmics przyniosło Mansonowi wielką sławę. Później była trylogia, trzy najlepsze jego płyty. W 2003 wyszła moja pierwsza którą słuchałem i najulubieńsza The Golden Age of Grotesque. Potem już nie było tak kolorowo, sukces umiarkowany, a i pomysłu jakby brakło.

Najnowsze dzieło nie przynosi niczego nowego, Born Villain jest po prostu kolejnym albumem. W tym samym stylu, mroczne rockowe granie, w okolicy industrialu, gotyku i alternatywnego rocka. Manson dobrze się wpisuje w nu-metal, o dziwo.

Nowa płyta to kolejny zbiór dobrych numerów, lecz wciąż czegoś brakuje, niby to samo, a jednak nie. Do formy znanej z lat 90. jest wciąż daleko i może to tylko moje wrażenie, ale czuję jakby już brakowało mu pomysłów, że wszystko co mógł pokazać to już to zrobił.

Teksty ociekające seksem i przemocą, okraszone odpowiednimi brutalnymi teledyskami. Kiedyś to szokowało, obecnie w czasach pił powoli przestaje. Kiedyś Manson uchodził za wykonawcę skandalicznego, i obecnie tych skandali też już brakuje. Facet robi wciąż to samo, do wiernych fanów to na pewno dociera. Ja nie jestem wiernym fanem. Owszem lubię jego granie, ale nic poza tym.

Jak dla mnie jest to kolejna płyta do słuchania. Jest dużo lepiej niż było na tych dwóch poprzednich, lecz to wciąż nie to powrót do wielkiej formy. Sama płyta wydaje się być bardzo równa i prezentuje równy poziom utworów. Może następnym razem będzie coś lepszego, albo coś innego?!


czwartek, 23 sierpnia 2012

Piękno

Pusty stół, cisza
Praca, żona, życie
Praca, pieniądze, dzieci
W kółko
Zniewolony
Nieszczęśliwy
Urodzony za wcześnie

Zmuszony do nieswojego życia
Wybrali je za mnie

Nie, nie jestem nim
Nie jestem inny
Nie jestem dziwny

Mam dość
Nie ugasisz żaru we mnie
Mieć wszystko, nie mieć nic

Urodzony przedwcześnie

Nie mogę, nie wolno mi
Przekreślić to wszystko
Spalić!

Kocham, przestaję myśleć
W ukryciu

Urodzony zbyt wcześnie
Nie mogłem, nie ta epoka
W pułapce.

Kocham, knuję, kradnę
Gwałcę...
W cieniu piękna

Kilka słów pisanych pod wpływem filmu "Piękno", Olivera Hermanus.

środa, 22 sierpnia 2012

Żyjace rzeczy

Linkin Park powrócił w tym roku z nowym albumem. Kapela, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Została założona w 1996 roku, swój debiutancki album wydali dopiero pięć lat później. Hybrid Theory pokrył się diamantem w Stanach. Następnie była Meteora z 2003 roku, która muzycznie była kontynuacją debiutu. Zmiany zaszły w 2007 wraz z nastaniem Minutes to Midnight, których epoka trwa do teraz, w 2010 A Thousand Suns  i obecne dzieło.

Linkini doskonale trafili w swój czas i w swoje miejsce. Dokładnie w szczyt popularności gatunku nazwanego nu-metalem, łącząc ciężkie metalowe brzmienie z hip-hopem, a wszystko to wpisane w popowe schemty, okraszone intymnymi emocjonalnymi tekstami. Takie właśnie było Hybrid Theory, dokładnie trafiło w czas i przede wszystkim w gusta, głównie odbiorców Limp Bizkit i KoRn.

LP jednak zmieniło swój styl, w 2007 roku. Minuty do północy jeszcze były trochę w tamtym stylu, ale zwiastowały nowe. Odeszli od mocnego grania, od emocjonalnego grania, przeszli na stronę elektroniki. Okładki straciły barwy. Takie jest nowe ich wydawnictwo. Pod względem produkcyjnym jest jak zawsze - wyśmienicie. LP nie potrafi wydać niczego słabego. Jedynie to, że to jak grali kiedyś bardziej do mnie docierało, wydawało mi się bardziej szczere. Teraz mam wrażenie, jakby oni isę gdzieś zgubili po drodze i sami szukają siebie, swojej drogi.

Najciekawsze na płycie pozostają pierwsze numery singlowy Burn it Down oraz Lost in the Echo, a także bardziej rockowy In my Remains. Nie wiem, reszta utworów jakoś mi się zlewa w jedno, owszem są dobre, ale nie ma wybitnych tak jak było kiedyś. Przyzwyczaili mnie nie tylko do wysokiej jakości produkcji, ale i artyzmu. Niestety też ponarzekam na to, że kiedyś rzeczywiście był ten nu-metal, a obecnie zostaje alternatywny rock, coś między U2, a Muse, czy Coldplay. Jak się domyślam to linkini aspirują, żeby się znaleźć miedzy tymi wielkimi. Choć zawsze byli określani jako muzyka dla nastolatów. KoRn czy Deftones doskonale się czują gdy na koncertach średnia wieku drastycznie spada poniżej 20.

Podsumowując, płyta dobra do posłuchania, genialna produkcja, ale wciąż brakuje mi tego czegoś. Przyznam jedynie, że ten album podoba mi się dużo bardziej niż tysiące słońc, które chyba jako ich pierwsza płyta - miała słabe momenty.